Jej Wysokość Albania

Tak naprawdę będzie to wstęp. Coś na zasadzie podsumowania pierwszego etapu mojego ostatniego wyjazdu, który wzbudził wiele fajnych emocji. W końcu udało mi się znaleźć trochę więcej czasu na podróżowanie. W sezonie też wykroiłam kilka dni na krótsze wypady, które na pewno posłużą za kanwę do kolejnych albańskich przemyśleń. Continue reading „Jej Wysokość Albania”

Albania w domu

Kilka razy w ciągu sezonu zdarza mi się w turnusie śmieszek, który zadaje, z udawaną powagą , pytanie, gdzie można kupić Kałasznikowa na pamiątkę. Kilka osób pytało też o granaty, ewentualnie o marihuanę z Lazaratu. Może to być rozczarowujący wpis, bo wśród pamiątek, które można przywieźć z Albanii nie będzie tych precjozów. Continue reading „Albania w domu”

Pod albańskim aniołem

Ostatnio było o narkotykach 🙂

W związku z wejściem na ekrany polskich kin opartego na książce Jerzego Pilcha filmu „Pod Mocnym Aniołem” zaczęłam się zastanawiać jak wyglądałaby wersja albańska pijackiego monologu.

Jak piją Albańczycy? Jak się odnoszą do naszego swobodnego podejścia do alkoholu? Jakie są napoje wyskokowe w Albanii? Takie pytania również pojawiają się w moim turystycznym świecie. Padają m.in. w trakcie zakrapianych imprez, między jednym toastem a drugim. Często właśnie w obecności Albańczyków, którzy do samego picia alkoholu podchodzą spokojniej niż Polacy. Reagujemy na alkohol bardziej entuzjastycznie i nieraz dziwimy się zdystansowaniu tego przecież otwartego ludu z południa. Spokojnie- Albańczycy święci nie są i za kołnierz nie wylewają. Zabawa w mieszanym narodowościowo towarzystwie i tak w końcu zamienia się w gwarną imprezkę z pełnym emocji przybijaniem toastów. „Gezuar!” na jedną nóżkę! „Na zdrowie!” na drugą nóżkę!

My nasze „Hej Sokoły!”. Oni zamawiają następną kolejkę. Piwo się pieni i przelewa. Rakija znika. Wszyscy ruszają w tany i nagle okazuje się, że jest czwarta rano i przez całą noc trzymaliśmy kelnerów, którzy nie mają szans się wyspać. Rezydenci po wieczorach integracyjnych też ledwo rano powłóczą nogami i sączą dhall, który ma ukoić skołatane… nerwy. W ostateczności pozostaje kawa z… z rakiją właśnie. Pierwszy raz zaserwowano mi ją na pusty żołądek na samym początku mojego pobytu we Vlorze. O godzinie 9 rano. Nie mogłam nawet się skrzywić, bo musiałam ubijać interesy, więc pewna męska twardość była wskazana. Pobudza, nie zaprzeczę. Widziałam jak kilka osób postawiła na nogi, jak byli mocno wczorajsi. Jest połączeniem naszego swojskiego klina z elementem na wskroś bałkańskim. Z jednej strony egzotyka, z drugiej taka swojska i bliska.

Tak jak na całych Bałkanach najpopularniejsza jest raki/rakija. Słowo najprawdopodobniej pochodzi z arabskiego al-rak czyli słodki. Jednak korzenie samego trunku nie są znane i zwłaszcza Serbowie, Bułgarzy i Turcy spierają się o to kto „wynalazł” ten napój.
Turcy uważają, że to oni zaszczepili tradycje wytwarzania raki w trakcie trwania panowania Państwa Otomańskiego na tych ziemiach. Niezależnie od tego kto był ojcem, każdy naród swój specyficzny trunek posiada.

W Albanii jednak raki rrushi czyli rakija z winogron jest najpopularniejsza. Oczywiście mocna jak diabli i dla koneserów. Niektórzy twierdzą, że smakuje jak bimber i na samą myśl ich otrząsa. Pije się ją w większych kieliszkach lub wręcz w szklankach. Jednak nie „na raz” tylko sączy powoli. Polacy czasem zadziwiali tym, że potrafili przechylić całość w oka mgnieniu jak polską czystą. Nie tędy droga, bo można bardzo szybko spaść pod stół, a to jest źle widziane. Przede wszystkim raki potrafi mieć i 70%! Dlatego lepiej spokojnie popijać i podgryzać meze czyli zakąski w postaci qofte, sera, oliwek, czosnku etc. Można też najpierw zjeść obfitą kolację i dopiero zasiąść do picia.

A dlaczego takie swojski „upadek z dywanu na głowę” nie jest dobrze widziany w Albanii? Otóż Albańczycy uważają, że takie spicie się jest równoznaczne z utratą honoru.Czasem jest to traktowane poważniej czasem mniej, ale lepiej swojej twarzy nie kłaść na szali. Dotyczy to zwłaszcza wrażliwych na tym punkcie mężczyzn. Kobiety piją mało albo wcale. Raczej nie organizują sobie mocno zakrapianych imprez czy nasiadówek z koleżankami przy dużej ilości wina. A faceci – owszem potrafią w swoim gronie nieźle zaimprezować i to do godzin porannych.

Nigdy nie widziałam spitego w sztok Albańczyka. Często turyści się dziwią, że na ulicach nie ma pijaczków, którzy zaczepiają i ochrypłymi głosami mówią „Szefie poratuj pan złotóweczką!” Czy nawet takich idących do domów jakby śledzili węża. Znam mężczyzn, którzy z alkoholem mają problem. Jeden upija się sam na smutno i czasem nie kontroluje ilości spożytej w towarzystwie, drugi – staruch, który bez raki o poranku nie mógłby być „szarmancki”. I kilku pomniejszych.

Polskiej wódki znajomym już nie przywożę, bo dla nich przestała być ciekawa. Nie wpadają w jakiś zachwyt na czystą czy nawet żubrówką. Pewnie poprzednie butelki kurzą się na meblościankach. Jeśli już alkohole to nasze piwo, które bardzo sobie cenią.

W Albanii pije się – zwłaszcza latem – dużo piwa. Już wspominałam o mrożonych kuflach i lanym browarku. To jest kwintesencja wakacyjnego odpoczynku i ochłody. Najpopularniejsze browary to: Tirana, Korca, Kaon oraz Norga. Jest również kosowska Peja, która cieszy się również dużą popularnością.

DSCN0595 DSCN0771

Pisząc o alkoholach nie mogłabym nie wspomnieć o słynnym koniaku Skanderbegu! Jest to jedna z najpopularniejszych pamiątek przywożonych przez turystów. Bardzo dobry i tani (600 leków – ok 4,5 euro) koniaczek warto kupić czy dla siebie czy w prezencie. Nazwa pochodzi od największego bohatera narodowego Albanii.

Historia trunku sięga 1933 roku, kiedy włoska rodzina stworzyła recepturę prostego przetwarzania winogron. W roku 1957 rozpoczęto masową produkcję. Aktualnie firma produkuje nie tylko Skanderbega, ale również wina i raki.

Jak widać pijacka opowieść w Albanii byłaby zupełnie inna niż w Polsce.

Mikołaj też jeździ mercedesem

Święta Bożego Narodzenia nie są tak uroczyście obchodzone w Albanii jak w Polsce. Przede wszystkim wynika to ze struktury religijnej, gdyż katolików jest ok 10 %. Jednak Albańczycy doceniają komercyjny wymiar tego święta.

Tirana nie różni się od innych stolic europejskich w tym okresie. Są kolorowe światełka, jest choinka na głównym placu, jest jarmark świąteczny.

W Albanii nie podkreśla się symboli religijnych i cały nacisk świąteczny jest przeniesiony na obchody Nowego Roku. Nawet znany nam Święty Mikołaj w Albanii jest nazywany Dziadkiem Noworocznym. Oczywiście w Katedrze św. Pawła w Tiranie odprawiana jest tradycyjna msza święta, która gromadzi wiernych. Nie jest ona jednak centralnym punktem wiadomości. Życie toczy się swoim torem, a Boże Narodzenie nie jest najważniejsze.
Nie obyło się tez bez gafy. Bujar Nishani – prezydent pomylił święta. W oficjalnych życzeniach bożonarodzeniowych napisał świętowaniu… zmartwychwstania. Oczywiście media to podłapały, chociaż i tak potraktowały prezydenta dość łagodnie.

Inną świąteczną informacją z pierwszych stron portali to wiadomość o napadzie na sklep w Tiranie, którego dokonał… Mikołaj. Znany raczej z dawania niż odbierania symbol świąt wpadł uzbrojony do sklepu jubilerskiego, a po wszystkim odjechał szarym… mercedesem oczywiście.

Premier świętował z rodziną Aleksa Niki, który zginął w czasie protestów 21 stycznie 2011 roku. Jednak najważniejszym poruszanym w jego kontekście tematem jest budżet 2014 oraz tzw. studniówka rządów. Oczywiście w obu przypadkach znów możemy obserwować kłótnię między Ramą, a Berishą, którzy są głusi na apele o pokój na Świecie.

Na koniec trochę świątecznych nutek.

 

Z życia rezydenta 4

Dziś ostatnia część moich wspomnień i dlatego wybieramy się na wycieczkę do Sarandy. Czas pośmiać się trochę z Albańczyków, których polscy turyści też potrafią zaskoczyć. Naród to niezwykle przyjazny, ale językowo znajdujący się na innej planecie. Język polski jest dla nich niezwykle egzotyczny i czasem mogą wynikać z tego powodu niewielkie nieporozumienia. Kiedyś opowiadając z entuzjazmem turystom w autobusie o albańskich drogach zostałam zapytana przez zaniepokojonego albańskiego kierowcę, dlaczego gadam tyle o…. narkotykach (alb. droga – narkotyk).
Wróćmy jednak do Sarandy, gdzie w trakcie wycieczki turyści mają czas wolny na deptaku. Miejscem zbiórki jest parking niedaleko ekskluzywnego hotelu Butrint.

Jednego razu panowało tam wielkie poruszenie! Wszyscy uczestnicy fakultetu pozowali i robili sobie zdjęcia przy plakacie wyborczym burmistrza Sarandy zanosząc się przy tym śmiechem. Po kilku chwilach również zaczęłam chichotać obserwując tą scenkę. Kierowca-Albańczyk nerwowo zerkał to na mnie, to na turystów. W końcu zapytał o co nam Polakom znowu chodzi? „Słuchaj ten wasz polityk nazywa się Stefan… Cipa, a to po polsku znaczy…” W ten sposób burmistrz Sarandy stał się najpopularniejszym albańskim politykiem, przynajmniej wśród Polaków. Natomiast przez pewien czas najpopularniejszym polskim słowem wśród moich albańskich znajomych stało się… no chyba wiadomo.

Z życia rezydenta 3

 

Vlora trzeba przyznać jest kurortem jak się patrzy. Atrakcji jest co niemiara, a samo miasto jest jednym z największych w Albanii. Jednak nigdy nie sądziłam, że można się tam zgubić.

Po tradycyjnym wieczorze albańskim organizowanym dla turystów wróciłam do hotelu. Już zasypiałam, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. Był to nastolatek, który przyjechał na wczasy z całą rodziną. Widocznie przestraszony wypalił tylko „Zgubiłem dziadka”. Dziadek był sympatycznym, aczkolwiek rozrywkowym panem po siedemdziesiątce, który uwielbiał „wino, kobiety i śpiew”. Chcąc poznać szczegóły nagłego zniknięcia dziadka usłyszałam historię, jak po wieczorze integracyjnym wnuczek pojechał z dziadkiem na dyskotekę. Jako środek transportu wybrali autostop, a konkretnie złapali… betoniarkę. Jakimś cudem tam nie dotarli, więc będąc już w centrum Vlory postanowili poszukać pocztówek. Nadmieniam, że była godzina mniej więcej druga… ale w nocy! Nagle dziadek oddalił się w nieznanym kierunku.

 Gdy już byłam gotowa do akcji poszukiwawczej i być może ratunkowej na
parking hotelu wjechał na skuterze dziadek. Pomocny Albańczyk wziął tego
oryginalnego autostopowicza i zawiózł go na miejsce. Mimo, że pasażer
pytany o miejsce zamieszkania wykrzyknął „Hotel! Vlora!” co nie
specjalnie ograniczyło krąg poszukiwań. Szczęśliwie nasz bohater
przynajmniej pokazał szerokim gestem kierunek, z którego przybył. Morał
jest prosty. Naród albański jest bardzo pomocny i nawet w środku nocy
znajdzie się jakiś kierowca betoniarki lub skutera, który podrzuci na
miejsce zbłąkanych wędrowców. Jednak pamiętajmy również o tym, że każde
miejsce ma niewielkie wady np. po północy pocztówek we Vlorze nie
kupisz.

28-11-13

Święto dziękczynienia? Dwutysięczne wydanie Dzień Dobry TVN? Nie.

Święto Niepodległości w Albanii.

Bardzo długo zastanawiałam się nad tym tekstem. Nad jego formą. Od czego zacząć. Na czym skończyć. Moją głowę jak zwykle opanowała obsesja napisania wszystkiego. Na szczęście zachowałam w sobie resztki zdrowego rozsądku.

Najważniejszy jest Plac Flag,o którym pisałam dwa tygodnie temu przy okazji opisywania Vlory. Tak właśnie następuje kumulacja wszelkich obchodów Święta Niepodległości. Wcale nie w stolicy, tylko w tym nadmorskim mieście, które w 1912 roku gościło delegatów z różnych stron Albanii. Trochę wykorzystując sytuację polityczną, a trochę też broniąc się przed nią podpisano Deklarację Niepodległości. Nie oszukujmy się, że nagle i bez najmniejszych problemów pojawiła się w glorii chwały ALBANIA. Kraj ten zawsze leżał w strefie bardzo różnorodnych wpływów. Z jednej strony upadające Imperium Osmańskie, z drugiej łasi na te ziemie sąsiedzi (Serbia, Czarnogóra, Grecja) oraz rozdające karty europejskie mocarstwa, które za chwilę utoną we krwi Pierwszej Wojny Światowej. Wojny, o której mówi się, że miała swój początek na Bałkanach właśnie.

Podobnie jak w przypadku Polski dzisiejszy kształt Albanii był również wypadkową tego co przyniosły kolejne lata i Druga Wojna Światowa, która może i ukształtowało wiele granic europejskich. Jednak na Albanię spuściła żelazną zasłonę komunizmu.

Dziś Albańczycy obchodzą sto pierwszą rocznicę ogłoszenia niepodległości. Śmiem twierdzić, że jest to najważniejsze tamtejsze święto – połączone również ze Świętem Flagi, która traktowana jest naprawdę z ogromnym namaszczeniem. Ze względu na wspominaną już przeze mnie „laickość” nie są obchodzone specjalnie hucznie święta religijne. Natomiast 28 listopada to jest prawdziwe wydarzenie.

Najważniejszy jest Plac Flag…

…chociaż Tirana również pragnie trochę tych zaszczytów zaznać, ale stolicę do świętowania wybrała jedynie opozycja. Edi Rama wybrał się do Vlory, gdzie w fantazyjnym krawacie (proszę wybaczyć mi moją słabość do stylu premiera) razem z prezydentem oraz burmistrzem Vlory uczestniczyli w głównych obchodach pod Pomnikiem Niepodległości oraz przy grobie Ismaila Qemali. Później w Teatrze Petro Marko odbyła się konferencja prezentująca projekt, który wygrał w konkursie na zagospodarowanie wybrzeża Vlory. Wybrzeża, które zmieniło się diametralnie, gdyż bezpardonowo zostały usunięte z niej budynki, które nie miały skompletowanych pozwoleń na budowę. Turystów w przyszłym sezonie powita odmieniony kurort. Nie oszukujmy się, że Vlora dużo ugrała na tak entuzjastycznym wsparciu  Ramy w tegorocznych wyborach. Nie ukrywam, że bardzo mnie to cieszy, bo rozwój miasta, które jest „moją stolicą” tego kraju nie jest mi obojętny.

Pośród tego świętowania słychać głosy rozczarowania. Porównuje się przede wszystkim tegoroczne obchody do zeszłorocznych. Faktycznie setna rocznica była celebrowana z niesamowitym rozmachem. Pamiętam, ze już sezonie czuło się przygotowania do tego święta. Cała Vlora była przyozdobiona portretami Ismaila Qemali, flagami oraz oficjalnym logo obchodów. Te symbole nagle nie zniknęły – nadal możemy je widzieć np. na autobusach. Przyznam, że sama nie potrafię dokładnie zrelacjonować wszystkich ważniejszych punktów  obchodów z 2012 roku. Wielość koncertów, festynów we wszystkich częściach Albanii przyprawiała o zawrót głowy. Przyjechała SAMA Rita Ora, a kumulacja wszystkiego miała miejsce…

Najważniejszy był Plac Flag…

…i niesamowite było to ile ludzi potrafi on pomieścić. Ludzie byli wszędzie: na ulicach, na dachach, na rusztowaniach powstającego hotelu. Albańczycy potrafią świętować z pełnym rozmachem. Tłumnie. Bezkompromisowo. Różnorodnie. Faktycznie ciężko dorównać szaleństwu, które opętało ten naród w zeszłym roku. Nie tylko z resztą sama przestrzeń kraju była kuq e zi. Cały Facebook wyrzucał setki zdjęć ludzi najczęściej prezentujących flagę z dwugłowym orłem. Nawet Google uczcił to specjalnym Google Doodle!

Jutro wszystko rozwieje coraz silniejszy o tej porze roku wiatr. Na pewno jednak nie ochłodzi dumy narodowej, która towarzyszy im cały rok.

albania_independence_day_2012-980005-hp DSCN0218 DSCN0266 DSCN0443

Wielkie sprzątanie

Każdy kto chociaż raz był w Albanii jeśli ma wymienić jakąkolwiek wadę tego kraju mówi wprost i bez zastanowienia: ŚMIECI!

Niejednokrotnie wygłaszałam tyrady przy Albańczykach, że przecież piękny kraj, że turyści patrzą, że wstyd, że mogliby przestać… kwitowali to często słowami „No taka mentalność nasza i już”. Ręce opadają… zwłaszcza, że uderza ogromny kontrast w ich zachowaniach. Z jednej strony zawsze wypachnieni, odprasowani, a z drugiej nonszalancko wyrzucający wszystko na ulicę. O zgrozo – zdarzyło mi się nawet zwracać uwagę kolegom żeby nie ciskali plastikowymi butelkami przez okna samochodów. Dodatkowo najmłodsze pokolenie nie uczy się dobrych wzorców. Papierek po lodzie? Siup na chodnik. Opakowanie po cukierkach? Siup na plażę. Już Stasiuk wspominał o tym kontraście wypucowanych mieszkań i brudnych ulic. On oskarżał głównie mężczyzn o ten burdel, ale z moich obserwacji wynika, że panie nie są lepsze.

Uffff ponarzekałam!  Sami też nie jesteśmy święci z naszymi dzikimi wysypiskami w lasach i też należy o tym pamiętać. Rejon śródziemnomorski też nie wypada idealnie i Albania nie stanowi zaśmieconego wyjątku. Przypomina mi się knajpa w Madrycie, gdzie brodziłam po kolana w śmieciach i resztkach jedzenia, bo zwyczajem było nieskończone przekąski rzucać na podłogę. Nie chcę tu robić szerokiej analizy psychologicznej mieszkańców cieplejszej części Europy, ale coś jest na rzeczy. Niektórzy nawet twierdzą, że śmiecenie jest dla Albańczyków wyrazem wolności, którym walczą z traumą czasów komunistycznych… taaaa.

Po tym mocno krytycznym wstępie czas na coś w rodzaju pochwały. Dziś w Albanii trwa wielkie sprzątanie. Akcja, która ruszyła przed dwoma tygodniami dziś ma swoją kumulację.

Projekt Te pastrojme Shqiperine ne nje dite czyli Posprzątamy Albanię w jeden dzień koncentruje się głównie na problemie śmieci w rejonach turystycznych. Przez dwa tygodnie „Zielony autobus” z czterdziestoma wolontariuszami na pokładzie jeździł po całym kraju i zbierał dane oraz agitował do udziału w wydarzeniu. Dziś na ulicę większych miast wyszło szacunkowo około 100 tysięcy Albańczyków. Głównie studentów uczniów oraz wszelkiego rodzaju aktywistów i działaczy ekologicznych. Działania uzyskały również wsparcie rządu oraz organizacji międzynarodowych.

Tak promowano akcję:

Według statystyk ze strony trashout.me najwięcej dzikich wysypisk jest w rejonie Tirany. Ich „zawartość” również nie dziwi. Oczywiście króluje wszechobecny plastik, ale też ogromny procent stanowią materiały budowlane. Albania jest teraz na etapie intensywnego rozwoju i powstaje tam dużo nowych budynków (w kurortach zwłaszcza hoteli i apartamentowców). Nie ma unormowanych kwestii utylizacji wszelkiego rodzaju odpadów, które powstają przy budowie lub przebudowie. Dlatego bardzo często możemy natknąć się na gruzowiska.

Pozostaje mieć nadzieję, że akcja nie będzie jednorazowa. Poza tym liczę również na to, że powoli zacznie się zmieniać również świadomość ekologiczna Albańczyków. Nie mówię, żeby wszyscy nagle szli walczyć u boku Greenpeace, ale żeby zaczęli się naprawdę wstydzić tego śmiecenia. Może im w tym pomóc ich zamiłowanie do zachodnioeuropejskiego stylu życia i mody. Przecież przystojniakom nie wypada wywalać wszystkiego jak leci przez okno super mercedesów, a prawdziwe laski będą miały słabe tło do sweet foci na kupie gruzu.

Z życia rezydenta 2

Kuchnia albańska jest zbliżona do tej, którą spotykamy w Chorwacji, Czarnogórze czy innych krajach Półwyspu Bałkańskiego. W restauracji możemy zamówić owoce morza, ryby czy grillowane mięso. Istnieją również potrawy charakterystyczne dla tego kraju. Aby uniknąć oskarżeń, że wyśmiewam się z kogoś tym razem opowiem moją przygodę związaną z jednym z najbardziej egzotycznych albańskich dań. Pierwszy raz udało mi się skosztować tego specjału na kolacji z całą bandą Albańczyków, którzy zawsze dbają o to żeby stół biesiadny uginał się od różnorodnych potraw. Kiedy po wątróbkach, nereczkach, płuckach i innych przysmakach zabrałam się za ciekawie wyglądające COŚ wywołałam rozbawienie. Im bliżej mój widelec był półmiska tym głośniejsze stawały się chichoty, a spojrzenia coraz bardziej znaczące. Wszyscy oczekiwali, że w końcu padnie z moich ust pytanie „A co to jest?”. Sama umierałam z ciekawości! Wszyscy zaczęli pokazywać pod stół i uśmiechać się znacząco. A co tam! Raz się żyje! Jądra też mięso! Pomyślałam i dokonałam konsumpcji. Co więcej smakowało mi bardzo i tego wieczora wyszłam z mocnym postanowieniem, że to nie był mój ostatni raz.

Kilka turnusów później na spotkaniu organizacyjnym wspomniałam o mojej kulinarnej przygodzie. Okazało się, że damska część grupy jest zainteresowana degustacją! Ładnie ubrane poszłyśmy do lokalu, gdzie można było skosztować jąderek. Podeszłam do znajomego właściciela i pełna entuzjazmu zapytałam po albańsku „Czy masz… jądra?” Stanął jak wryty. „No jądra… jądra macie?” Jego mina wyrażała tylko jedno „Kto ci dziewczynko zrobił taki dowcip?” Po chwili napięcia postanowiłam uczynić moją sytuację jeszcze bardziej beznadziejną „Ale ja naprawdę wiem co to są jądra”. To już przesądziło sprawę i właściciel buchnął śmiechem informując cały lokal o moim zamówieniu. Kelner grzecznie podreptał na zaplecze i za chwilkę pojawił się przy naszym stoliku z surowymi „klejnotami” dopytując ponownie czy aby na pewno to mamy na myśli. Koniec końców otrzymałyśmy naszą potrawę w formie grillowanej. Ewidentnie zaleta tej sytuacji jest taka, że zawsze mogę liczyć „U Klodiego” na przyjęcie z otwartymi ramionami. Zapraszam wszystkich!

Z życia rezydenta 1

Dziś nie o samej Albanii. Bardziej o mojej pracy.

Dużo piszę o promocji Albanii, jako kraju na wakacje. Niestety jeszcze bardziej w kontekście, że brak jest promocji z prawdziwego zdarzenia. Chociaż jak w 2011 wyjeżdżałam tam pierwszy raz materiałów nie było prawie w ogóle. Rozmówki zdobyłam cudem na Allegro, przewodniki były dosłownie trzy i sama nie wiedziałam prawie nic o Albanii.  Wcześniej byłam tam, ale jednak jakby na to nie patrzeć – turystycznie. Nie oszukujmy się – język okazał się kluczem.

Teraz, gdy już „coś” wiem, mogę spokojnie zająć się promocją. Fajnie, że w końcu znalazłam też miejsce, gdzie mogę to swobodnie robić 🙂

Zapraszam do śledzenia moich wspominków.

Już pierwszy raz jak tam trafiłam do Albanii poczułam, że to moje miejsce. Przyjaciele wspominają, że w Tiranie, kiedy chaos komunikacyjny osiągał granice absurdu z miną oszołomionego dziecka wypaliłam „Ale rozpierducha! Ja tu jeszcze wrócę!” Nie sądziłam, że wrócę zawodowo i na tak długo! A to, że zacznę porozumiewać się w języku albańskim, który jest podobny zupełnie do niczego, wydawało mi się wtedy nieosiągalne! Sama swoją karierę językową w tym kraju rozpoczęłam od zamówienia deski serów zamiast kotleta i frytek.Turyści czasem również mają problemy z komunikacją, ale często kończy się to bardzo ciekawie. Tak było w przypadku Pana Janusza. Turyści czasem również mają problemy z komunikacją, ale często kończy się to bardzo ciekawie. Tak było w przypadku Pana Janusza.

W Albanii podobnie jak w innych krajach bałkańskich, w najlepsze trunki domowej roboty można zaopatrzyć się na targu. Oprócz rakiji króluje wino. Na jednej z imprez integracyjnych Pan Janusz raczył się właśnie kupionym „od chłopa” winkiem. Każdy chętny mógł skosztować tej ambrozji polewanej z plastikowej butelki. Towarzyszyła temu oczywiście historia ile śmiechu było przy zakupie. Ile to trzeba było finezji, umiejętności językowych i wykorzystania języka migowego żeby jakoś się porozumieć ze sprzedawcą. Jednak każdy uczestnik tej oryginalnej degustacji już po jednym łyku zaczynał krztusić się i prychać. „” wykrzykiwali wszyscy. W końcu trunku spróbowała doświadczona gospodyni domowa. „Janusz! Przecież to ocet winny! Kupiłeś ocet winny!” Nie zbiło to jednak naszego bohatera z tropu. Wznosząc plastikowym kubeczkiem toast wykrzyknął: „To nie ocet! To folklor! Ja piję folklor!” Tego wieczoru Pan Janusz wypił ok litra octu winnego. Dnia następnego po bardzo ciężkim poranku chwalił się wszystkim, że dzięki „folklorowi” w końcu pozbył się pewnych problemów nazwijmy to trawiennych. Mimo, że komfort życia Pana Janusza niezwykle się poprawił polecam stosowanie albańskiego octu winnego raczej do sałatek 😉