Biurko na plaży

Od kiedy wiosna wdarła się szturmem do Polski czuję, że to już niedługo… ciężko mi wysiedzieć za biurkiem. Najciekawsze, że w moim wypadku nie chodzi ani o plażowanie, ani o wypoczynek. A właśnie o tym w sumie chciałam napisać, bo ostatnio często rozmawiam z moimi turystami, którzy za chwilę będą gościć w Albanii i mają masę pytań. Dlatego dziś znów garść typowo wakacyjnych informacji.

Na urlopie każdy chce wypocząć, wygrzać się i opalić. Ja ze względu na bardzo jasną karnację chronię się jak mogę i turyści zawsze wypominają mi to, że jestem kiepską reklamą plażowania. No cóż – taka zawodowa przypadłość 🙂

Wiele osób nie chce jechać na wakacje w szczycie sezonu. Tłumaczą swoją decyzję tym, że nie lubią tłoku oraz upałów.

Faktycznie w lipcu oraz sierpniu w Albanii, w szczególności w kurortach, jest bardzo dużo turystów. Zarówno obcokrajowców jak i Albańczyków, którzy uciekają z Tirany i innych większych miast nad morze. Albańczycy tłumnie zjeżdżają również z zagranicy – głównie Włoch oraz Grecji, gdzie była największa fala emigracji. Coraz częściej widzimy również tablice rejestracyjne z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Szwajcarii czy Austrii. Z roku na rok nas Polaków jest też coraz więcej. Z moich obserwacji wynika, że jesteśmy jedną z liczniejszych grup narodowościowych, które podróżują po albańskich drogach.

Te dwa miesiące to również czas najwyższych temperatur. To, że przekraczają trzydzieści stopni to mało powiedziane… nad morzem jest jeszcze znośnie, ale np. w centrum miasta, gdzie nie czuć bryzy jest naprawdę bardzo, bardzo gorąco. Ale w sumie po to jeździ się do tak zwanych „ciepłych krajów” żeby odpocząć od nieprzewidywalnej polskiej pogody.

Czerwiec i wrzesień to miesiące, kiedy temperatura nie powinna przekraczać magicznej trzydziestki. Jednak zdarzyło mi się i takie lato, kiedy do Albanii już w drugiej połowie czerwca przyszła fala upałów.

Przyznam, że bardzo lubię albański czerwiec, kiedy sezon dopiero się rozkręca. Jest zielono, jeszcze nie wszystko jest spalone słońcem i nie ma tłumów. Niektóre knajpki dopiero się otwierają – kurort budzi się do życia. Woda już jest na tyle ciepła, że można się kąpać, a słońce na tyle mocne, że przywieziemy super opaleniznę. Trzeba uważać żeby nie załatwić się tak jak ja! Na swój pierwszy spacer po Vlorze w czerwcu wybrałam się… bez kremu z filtrem. Zdecydowanie nie wyglądałam jak muśnięta słońcem…. raczej jak miss Piggy czy panowie, którzy raczą się trunkami na osiedlowych ławeczkach. Wieczór spędziłam pokryta pantenolem, sącząc wapno zamiast drinka z parasolką.

Wrzesień to czas, kiedy kurort powoli zasypia i wycisza się. Jest to świetny okres na zwiedzanie, ale można się również doskonale „strzaskać na mahoń”. W mniejszych miejscowościach takich jak Himara czy Ksamil we wrześniu nie widać już czasem żywego ducha, a tętniące życiem, jeszcze przed dwoma tygodniami kawiarnie i knajpki są pozamykane na cztery spusty. Obrzeża Vlory też zaczynają się wyludniać, więc jak ktoś zatrzyma się w hotelu z dala od centrum naprawdę może mieć wypoczynek od cywilizacji. Nie ma już tak wielu busików, które jeżdżą do samego centrum, niektóre restauracje też już zaczynają się zwijać. Wiem o tym doskonale mieszkałam kiedyś na przedmieściach Vlory i myślałam, że się zanudzę. Zazwyczaj jak słyszymy, że hotel znajduje się w spokojniejszej części tego miasta oznacza to, że mamy do czynienia z obiektem, który znajduje się minimum 10-15 kilometrów od centrum, a nawet najbliższego spożywczaka. W samej Vlorze nadal normalnie funkcjonują dyskoteki, restauracje i kawiarnie.

Jedne z najczęściej zadawanych pytań dotyczą plażowania.

Albania ma bardzo zróżnicowaną linię brzegową dzięki temu plaże nie są jednakowe. We Vlorze widać ten podział doskonale. Plaża najbliżej centrum jest piaszczysta i bardzo długa, ciągnie się od portu przez ok 4 km. Pokryta jest dość ciemnym, powulkanicznym piaskiem i przy brzegu jak są fale woda nie jest przezroczysta. Później pojawia się coraz więcej kamyczków i zaczynają się plaże kamieniste i zatoczkowe. Są bardzo malownicze, również ze względu na to, że dzięki jasnym kamieniom na dnie woda ma lazurowy kolor i jest krystalicznie przejrzysta. Nie ma tam jednak tak łagodnego zejścia jak na plaży miejskiej i są silniejsze prądy oraz fale. Jak przejedziemy pas ok 7 kilometrów znów mamy plaże z łagodniejszym wejściem do wody z drobnymi kamyczkami. I tak aż do Orikum. To dystans prawie 20 kilometrów licząc od portu – na całej tej trasie są hotele oraz restauracje przy plażach. Można podjechać busem i wrócić popołudniu po plażowaniu.

Po drugiej stronie miasta znajduje się tak zwana „stara plaża” (Plazhi i vjeter) – również piaszczysta i z łagodnym zejściem. Należy tam podjechać busem lub autobusem miejskim mijając tzw. zona industriale czyli część przemysłową miasta, gdzie znajdują się pozostałości m.in. starej fabryki oliwy, ale również elektrownia oraz rafineria. Plaża jest odgrodzona od drogi lasem piniowym i znajduje się tam cały kompleks plażowych restauracji z zimnym piwkiem i smacznymi rybkami.

Zwykle plaże znajdują się przy restauracjach i korzystając z nich trzeba wykupić leżaki. Koszt dwóch leżaków i parasola na cały dzień to 300-500 leków czyli 2-4 euro. Wszystko zależy od klasy restauracji/hotelu, miesiąca oraz widzimisię właściciela. Na ręczniczku można rozłożyć się na plaży publicznej, która znajduje się najbliżej miasta.

Czy jest czysto? A z tym różnie bywa – co jest normalne niestety, bo ludzie śmiecą. Nie jesteśmy idealnym gatunkiem i albo nam się zdarzy zakopać papierek po lodach w piasku, albo zostawić puszkę po piwku… butelkę po napoju… etc etc. Niedziela wieczorem nie będzie idealnym momentem na klimatyczne fotki na plaży, bo w weekend przewija się tam najwięcej ludzi. Plaża publiczna jest regularnie sprzątana, ale najlepiej jest jednak na plażach przy restauracjach, bo tam właściciele starają się sprzątać codziennie i dzięki temu naprawdę jest w porządku. Najciekawsze jest jednak dla mnie to, że leżaki nie są jakoś specjalnie chowane i zbierane z plaży na noc. Można dużo powiedzieć o Albańczykach, ale nie są wandalami – nie niszczą bez sensu dla samej przyjemności niszczenia.

Na koniec trochę zdjęć żeby lepiej wyobrazić sobie wakacyjny klimat 🙂

Summer Depo

Kalaja - Vlora

DSCN0114 DSCN0118

Tak często też wracam z centrum 🙂 Można kawałek iść deptakiem, a kawałek plażą. DSCN0125

DSCN0131 DSCN0134

 

Panowie każdego popołudnia rozkładali się na plaży 🙂DSCN0260 DSCN0265 DSCN0282 DSCN0588 DSCN0591 DSCN0738 DSCN0759 DSCN0762 DSCN0766 DSCN2206

 

Wszystkie zmysły

Przyznaję się bez bicia, że do programu „Kossakowski. Szósty zmysł” podchodziłam dość sceptycznie. Jakoś te jego podróże mnie nie fascynowały. Byłam po prostu podejrzliwa. No, bo co? Przede wszystkich tych wszystkich znachorów i jasnowidzów traktowałam przez pryzmat modnego swego czasu pana „Ręce, które leczą”, który napełniał energią wodę mineralną przez telewizor. Jestem wychowana w bardzo przesądnej wiejskiej kulturze, ale to było dla mnie za wiele. Już nawet Kaszpirowski, do którego modlili się wszyscy był dla mnie podejrzanym typem ze śmieszną grzywką.

Pierwszy mój kontakt z postacią Przemka Kossakowskiego to wywiad w Wysokich obcasach, od których jestem uzależniona (proszę o tym pamiętać na turystycznych szlakach! To cienkie pisemko to dla mnie nie lada gratka!). Czytałam w tramwaju, w drodze do pracy i stwierdziłam, że to strasznie fajny koleś. Dawno się nie spotkałam z takim bezpretensjonalnym podejściem do życia. No spoko, spoko – pomyślałam poruszając chyba wszechświat. Później zadziałały te wszystkie dróżki przeznaczenia i przypadku i gruchnęła wiadomość, że nowa edycja jego programu będzie, nie gdzie indziej tylko na Bałkanach. Jak jeszcze usłyszałam, gdzieś albańskie szwargolenie w tle i hasło Kosowo to ustawiłam wszystkie przypominacze na środę godz. 21:55. Tak pięć minut wcześniej żeby już się ładnie ubrać, umalować i pojechać chociaż na chwilę na Bałkany!

Pierwsze odcinki to wizyta w Rumunii co cieszyło i wprowadzało element oczekiwania. A czekałam z wypiekami jak szalona gimnazjalistka. Cholera ile bym siły nie wkładała w to żeby oglądać wszystko profesjonalnym okiem Przemek K. mnie ujął i chyba pierwszy raz nie zbesztam kogoś o przedstawienie w tym wypadku Kosowa.

Bywa pobieżnie, irytująco skrótowo, ale jakoś tak naturalnie ten cały Bałkański świat się układa. Może dlatego, że program jest ciągłym eksperymentem na żywym organizmie prowadzącego, brak jest typowego spojrzenia z góry na „biedne kraje”. Gdzieś po drodze są wspomnienia o mafii czy wszechobecnych mercedesach, ale nie ma w tym nachalności definiowania narodu przez te symbole. Kossakowski wypada zdecydowanie naturalniej w gestach bratania się z ludźmi niż Martyna Wojciechowska, która próbowała zamknąć wielowiekową tradycję w swoim bardzo ciasnym formacie. Ona zastosowała metodę – znajdźmy temat w jakimś kraju, a później go przytnijmy tak jak nam się podoba i udawajmy obiektywizm. Kossakowski ma trochę inną metodę – nie sili się na panoramę, szukanie fundamentów. Ma konkretne przypadki, które pokazuje i całkowicie subiektywnie komentuje zostawiając sprawy kulturowe trochę z boku.

Bardzo dużo miejsca jest poświęcone gościnności i otwartości Kosowarów. Faktycznie podkreśla się to zdecydowanie w narracji i pokazuje, że Ci ludzie są fajni. Może niemodnie ubrani, z zaciętymi twarzami, ale jacyś bliscy i swojscy. Nie często zdarza się człowiek, który spojrzy na ten świat bałkański bez poczucia wyższości. Z szacunkiem. Bo zawsze chodzi o szacunek, a tego czasem brakuje przybyszom „z lepszego świata”.

A same rytuały – jedynie słyszałam o derwiszach i rytuałach samookaleczania. Inne metody chyba nie są jakieś specjalnie nowatorskie czy innowacyjne. Z resztą w Dzień Dobry TVN plastikowa Jola Pieńkowska obleczona w modny pomarańcz zaczęła wyśmiewać wiarę w dżiny i dość ironicznie podchodzić do całej sprawy. Przemysław delikatnie aczkolwiek dobitnie jej wytłumaczył to, jak ludzie świat postrzegają i że jej postawa no cóż jest… arogancka. No faktycznie mogłaby sobie Jolka troszkę o dżinach w islamie poczytać 😉 Przecież od czegoś są internety i Wikipedia!

Dla ciekawych „Masakra Joli” 🙂

Mnie osobiście zaciekawiła dwujęzyczność tej części o Kosowie. Słyszałam nieustannie przeplatające się serbski i albański pomiędzy gestami, które były znajome jakby pochodziły z południa Albanii, a czasem widziałam delikatne modyfikacje. Chyba tym się najbardziej upajałam.

Polecam Szósty zmysł nawet nie dla samych znachorów i jasnowidzów. Bardziej ze względu na prowadzącego, który z tymi ludźmi i wypije raki i zapali papierosa, ale przede wszystkim traktuje ich poważnie. To nie jest szukanie tematu na siłę ani też głębokie studium o jakimkolwiek kraju. Kossakowski pokazuje, że wszyscy jesteśmy bardzo do siebie podobni i nie żyjemy w jakiś innych światach. Chyba fajnie udowodniono to również poprzez piękne zdjęcia oraz ostatnie spotkanie w Kosowie z niepełnosprawnym jasnowidzem. Nie wiem czy to jakaś moc tego człowieka czy dobre ustawienie kamery, ale mimo ewidentnego kalectwa Radu będzie mi się zawsze jawił jako najpiękniejszy człowiek w całej tej serii.

Może, gdzieś tkwi w tym moja naiwność, że daję się wkręcić w takie proste historie, ale mimo, że Przemkowi nieustannie podkręca się filtrami niebieski kolor oczu to jednak mu wierzę. Pokazuje pewien wycinek rzeczywistości, który niezależnie od kraju zawsze wyglądać może jarmarcznie. Czasem się dziwi, czasem trochę śmieje. Ja też się śmieje i mam na sumieniu o wiele większe grzechy przeciwko narodom bałkańskim niż on. Pokazał biedne wsie? No pokazał, bo one istnieją i nie ma co się oszukiwać, że Kosowo jest jakimś eldorado. Ale to jak sfilmowany został Prizren czy Prishina, albo obrzęd derwiszów? Piękności. Uważam, że równowaga została zachowana.

I tak dziękuję za wycieczkę na moje ukochane południe.

kossakowski

 

Jak pojechać do Albanii i nie mieć kłopotów?

Przyznam, że wyobrażam sobie jak wiele osób rzuca się na ten wpis z przeświadczeniem, że w końcu przyznam, że Albania jest najbardziej niebezpiecznym krajem na Ziemi 🙂

A figa! Tematyka przyszła mi do głowy w czasie rozmowy ze studentem, który zadawał dużo szczegółowych pytań. Pytań czasem „z grubej rury”, ale w sumie trafnych. Bo proszę Państwa jak to jest w sumie z tym seksem w Albanii? 😉

Zanim jednak pójdziemy razem do łóżka trzeba poznać kilka zasad! Zasad, które spowodują, że nie dostaniemy „po mordzie” jak chodzi o Panów, a Panie nie będą musiały uciekać z piskiem od namolnego absztyfikanta.

W Albanii podejście do wakacyjnego, niezobowiązującego seksu jest raczej luźne. Przypomina włoskie dolce vita. Jest i ciepło i są wakacje, więc czemu się dobrze nie bawić? A seks to zabawa!

Drogie dziewczyny, dla Albańczyków zaproszenie na kolację czy dyskotekę powinno mieć jakiś romantyczny finał. Nie będą zadowoleni jeśli wszystko ograniczy się do całusa w policzek na dobranoc. Jednak daleko im do wybuchów agresji czy brania czegokolwiek siłą. Mogą raz czy dwa zapytać czy spróbować skusić wybrankę, ale w najgorszym wypadku po prostu strzelą focha i z dalszych zalotów nici. A Albańcy to królowie focha, którzy są nieczuli na babskie łzy… Skąd to wiem? Tak jakoś wyszło 😉 I co? No dostałam ochrzan godny zapłakanej dziewczynki! Na ulicy nie wypada płakać i koniec! Kropka.

Wypada natomiast wszystko inne! Jesteśmy na wakacjach! Trudno jest dorównać Albankom jak chodzi o makijaż i strój. Są zadbane, ale i wyzywające. Zawsze mocno umalowane, wystrojone. Dlatego też nie trzeba się przejmować czy spódniczka jest za krótka lub brzuch odsłonięty. Pod tym względem w Albanii panuje prawdziwa swoboda. Jeden turysta do tego stopnia poczuł się swobodnie, że paradował po całym mieście w samych stringach czym wzbudził niemałą sensację. Dlatego chłopaki radzę raczej zostawiać takie stylizację wyłącznie na plażę 😉

A jak jest z tymi seksownymi Albankami? Uwielbiają być adorowane, ale trzymają cały świat na dystans. Koniec końców i tak wystarczy kolacja, kilka drinków… Nie znam lepszej recepty – podobno niezawodna, bo Albanki do najświętszych nie należą. Jednak nie ma nic gorszego jak rozwścieczony Albańczyk, którego dziewczyna jest podrywana. Honorowi, nieobliczalni – no w takich momentach muszę przyznać rację, że wychodzi z nich bałkański macho. Lepiej podrywać zajęte dziewczyny kiedy… Albańczyk nie patrzy. A później kolacja, kilka drinków… wierność zdecydowanie nie jest ich cechą narodową.

Ważniejszą cechą jest uwielbienie dla dobrej zabawy i ogólny luz w podejściu do tematów wakacyjnych romansów. Chociaż nikt nie lubi ani nie szanuje w Albanii nadmiernego pijaństwa. Niby  już o tym pisałam wcześniej, ale lepiej nie na umór, ale jak już się przegnie lepiej nie wchodzić w damsko-męskie relacje. Nie trudno o nokaut.

Jak już idziemy ze sobą do łóżka to chodźmy do łóżka, a nie na plażę lub w inne mało intymne miejsce. Albanki nie dadzą się nabrać na romantyczny zachód słońca. Nie wyobrażam sobie jaka afera mogłaby wyniknąć z tego jakby ktoś został złapany, gdzieś w krzaczkach… oczywiście bardziej obciach niż kamienowanie, ale po co narażać się na jakieś nieprzyjemności w obcym kraju? Scen rodem z Warsaw shore też nie widziałam 😉

Jako przedstawicielki jednego z najpiękniejszych narodów w Europie (ba! na całym świecie) nie dziwmy się kiedy ochota na seks z nami zostanie dość bezpośrednio przedstawiona. Nikt nie owija w bawełnę, ale też nie ma nic strasznego na myśli. Nie ma co się obrażać i udawać niewiniątek, po prostu ładnie i spokojnie odmówmy jeśli nie mamy na to ochoty.

O seksie nie ma co gadać za dużo, wiadomo, że w tej kwestii jednak czyny to czyny. Najważniejsze żeby były bohaterskie! Na obcej ziemi to już w ogóle nie może być lipy 😉

Na razie zadziałam na zmysły obrazem. Głównie zmysły męskie, ale chyba każdy poczuje się kuszony wakacyjną i bezpruderyjną atmosferą Albanii!

Lato już czeka

W Polsce powoli zaczyna się wiosna, a w Albanii w piątek obchodzono już Dzień Lata inaczej zwany Dniem Kwiatów. Nic się im nie pomieszało – zwłaszcza, że w Albanii temperatura dochodzi już do 20 stopni. Jest to święto specyficzne dla tego kraju, wiec zacznijmy od początku, czyli skąd, po co i dlaczego?

Tradycja wywodzi się już z czasów pogańskich i w rzeczywistości można mówić o przywitaniu wiosny. Wszystkie kultury od zamierzchłych czasów obchodzą na swój sposób zmiany pór roku, a zwłaszcza odejście zimy, kiedy przyroda jest uśpiona, a pogoda nie sprzyja człowiekowi. W naszym kręgu kulturowym topimy Marzannę oraz obchodzimy Wielkanoc, która oprócz wymiaru religijnego ma również ten symboliczny i uniwersalny aspekt. Wszyscy witamy nowe życie, pierwsze liście, kwiatki i pisklaki z wielką radością mimo, że żyjemy w czasach centralnego ogrzewania oraz importowanych warzyw i owoców. Co ciekawe czytając o różnych zwyczajach obchodów tego dnia spotkałam się z bliskimi nam symbolami jajka oraz wody. Gdzieniegdzie pojawiają się też wzmianki o rozpalaniu ognisk i skakaniu przez nie co ewidentnie kojarzy mi się z Nocą Kupały.

Centralnym punktem albańskich obchodów jest Elbasan – miasto położone w samym centrum kraju. Właśnie z tą miejscowością związana jest legenda mówiąca o tym skąd wywodzi się święto. Na obrzeżach miasta znajdowała się świątynia Cermanikes, z której właśnie 14 marca wyszła bogini lasów, łowiectwa i całej przyrody. W czasach starożytnych, kiedy używano kalendarza juliańskiego marzec był pierwszym miesiącem roku i święto przypadało na pierwszy jego dzień. W języku albańskim nadal znajdujemy pozostałości używania tego kalendarza, a konkretnie w nazwach miesięcy. Prawdziwe święto początku, które współcześnie nabiera również nowego wymiaru, gdyż z albańskim latem kojarzy się jednak turystyka. Przygotowania do sezonu czas zacząć!

Tego dnia Elbasan ogarnia prawdziwy wiosenny festiwal pełen koncertów, występów oraz straganów z tradycyjnymi wyrobami (w tym roku motywem przewodnim wszystkich obchodów była promocja produktów „made in Albania”). Najbardziej znanym symbolem święta są słodkie ballokume czyli ciastka, które przygotowuje się z mąki kukurydzianej, cukru pudru, masła oraz jajek.

ballokume

Albańczycy również prywatnie świętują. Bez patosu i specjalnego namaszczenia. Najważniejszy jest wspólny obiad oraz odwiedzanie znajomych oraz sąsiadów.

W stolicy także widoczne są obchody pierwszego letniego dnia. Ulice przystrojone kwiatami oraz typowe dla tego dnia festyny, w których chętnie uczestniczą politycy – tym razem w strojach casual. Na wszystkich kanałach dominują informacje o obchodach i gadające głowy składają wszystkim życzenia.

Zamiast opowiadać lepiej pokazać:

A na koniec moje ukochane cekiny i piosenka o pięknych chłopaku i letnim dniu! Bo to już całkiem niedługo 🙂

 

Wypadek podczas kolacji

W ciągu ostatnich miesięcy na polskim rynku wydawniczym pojawiły się aż DWIE albańskie książki! Sama nie wierzyłam własnym oczom, ale jedna po drugiej wychodziły powieści nie kogo innego, jak Ismaila Kadarego! Oczywiście w tłumaczeniu Doroty Horodyskiej!

W moim blogu padło już nazwisko Kadarego, który pozostaje najbardziej znanym i utytułowanym pisarzem albańskim na świecie. Można się podśmiewać, że tak znanym, że nikt normalny go nie kojarzy. W sumie racja – naszych wieszczy też nikt normalny za granicą nie kojarzy, więc jedziemy z literaturą albańską na tym samym wózku. Nie martwi mnie to wcale, gdyż jest to literatura doskonała.

Sam autor jest postacią ciekawą i kontrowersyjną – można napisać, że ciekawą, bo kontrowersyjną. Ismail Kadare urodził się w Gjirokastrze w 1936 roku i jego życie oczywiście splotło się z czasami dyktatury Envera Hoxhy. Jako dziennikarz, deputowany do parlamentu, a w końcu pisarz, który już swoją pierwszą powieścią narobił międzynarodowego zamieszania zawsze znajdował się w pobliżu władzy.

Po dziś dzień niektórzy uważają go za pupilka komunistów. Z kraju wyemigrował dopiero w 1990 roku, kiedy Hoxha już nie żył, a system padał. Wcześniej tego nie zrobił – chociaż wyjeżdżał za granicę… i „przemycał” pod przykrywką tłumaczeń mikro powieści  uderzające w ówczesne władze.

Faktycznie książki, które tworzy w zasadzie zawsze – nawet na marginesie i od niechcenia – komentują metaforycznie Albanię czasów koszmaru.

Podobnie jest z najnowszymi pozycjami, które ukazały się na naszym rynku. Są również zbiorem motywów znanych z innych powieści.

Pierwszym znakiem charakterystycznym stylu Kadarego jest tajemnica, której „rozwiązanie” wcale nie satysfakcjonuje czytelnika. W ‚Wypadku” mamy sprawę wypadku samochodowego – zdawać by się mogło banalną, natomiast „Kolacja dla wroga” to całe zestawienie tajemnic zaplątanych w okół tytułowej kolacji.

W pierwszej z powieści Kadare moim zdaniem czasem nawet zbyt mocno zaciera ślady i miesza szyki. Nie wiadomo co jest prawdą, a co snem. Czasem nawet nie do końca wiemy kto jest narratorem, czy to jeszcze zeznania czy już wspomnienia nieżyjących od pierwszych stron głównych bohaterów. Tropem może być samobójstwo nieszczęśliwych kochanków. Może to być również morderstwo na tle politycznym, gdyż mężczyzna był analitykiem Rady Europy zajmującym się konfliktem na Bałkanach.

Nie będę ukrywać, że historia tym razem mnie zmęczyła i ukończenie książki nie wywołało we mnie fali entuzjazmu jak inne jego powieści. Czytałam opnie, że powieść wydaje się być przekombinowana. Mam podobne odczucia – mimo całej erudycji i kunsztu autora. Gdzieś zginął klimat, który u pisarza niezwykle cenię.

Natomiast „Kolacja dla wroga”, która wywołuje we mnie już pozytywne emocje to przede wszystkim portret rodzinnego miasta autora- Gjirokastry. Dumnego, z monumentalną i złowieszczą twierdzą na wzgórzu, mającego swoje opowieści (np. o arystokratkach czy pijaku o nazwisku Kadare, który przegrał w karty swój dom) i swoje sekrety. W tej scenerii ołowianych dachów i tysiąca schodów rozgrywa się historia z czasów Drugiej Wojny Światowej oraz komunizmu.

Tytułowy posiłek to legendarna kolacja, która miała miejsce w czasie wojny. Podobnie jak w książce niemieckich okupantów, którzy wkroczyli do miasta zaprosił Albańczyk. W trakcie kolacji zostali uwolniona pojmana grupa mężczyzn, którzy mieli ponieść karę w imieniu całego miasta, które stawiało opór.

Jaki przebieg miała sama kolacja, jak doprowadził do niej doktor Gurameto będący gospodarzem dla niemieckiego oficera von Schwalbego, dlaczego uwolniono zakładników, w tym Żyda, czy gość był tym za kogo się podaje… takich pytań w książce pojawia się z czasem coraz więcej, a ich prawdziwy wybuch następuje po wojnie, kiedy do władzy dochodzą komuniści, a życie Stalina wisi na włosku. Pojawiają się spiski i wszechobecna totalitarna paranoja.

c80a90eb-aebb-47a9-ba58-c6dd20be5574_470x kolacja dla wroga(1)

Kadare jest pisarzem, który pisze w sposób uniwersalny – nie jest hermetyczny i faktycznie wystarczą podstawowe informacje na tema Albanii żeby spokojnie rozkoszować się lekturą. Zawsze jak czytam jego książki w głowie otwiera mi się szufladka z prozą Orhana Pamuka oraz Ivo Adricia – chyba to znak, że czas na Nobla, gdyż zestawiam go z noblistami właśnie.

Ta właśnie nagroda jest jednym z najgorętszych tematów, które pojawiają się w kontekście pisarza. Znam nawet Albańczyków, którzy nie czytują Marqueza, bo uważają, że zabrał Kadaremu Nobla z przed nosa. Co jakiś czas w prasie pojawiają się artykuły, które albo w tytule albo w treści zawierają słowo NOBEL… Życzę żeby to się ziściło, bo byłoby super usłyszeć o Albanii w takim kontekście.

Koniec języka…

We wszystkich źródłach można przeczytać, że język albański należy do najstarszych w Europie. Można również dodać, że również do najbardziej tajemniczych.

Pamiętam jak pierwszy raz odwiedziłam – jeszcze nie zawodowo- Albanię. Język mnie znokautował. Mimo szczerych chęci nie udało nam się ze znajomymi ogarnąć menu w restauracji. Potraktowaliśmy to jako przygodę, z której po dziś dzień się śmiejemy i „deska serów” na zawsze pozostanie dla nas potrawą narodową Albańczyków 🙂 Ale było to dawno-dawno temu, bo w czasach kiedy naprawdę chyba nikt oprócz takich bałkanofilów jak my nie jeździł w tamte rejony. Nawet jeszcze Czarnogóra była wtedy nieprzyzwoicie tania, ale już pod ogromnym wpływem Rosjan. Ciągle z resztą z „Ruskimi” byliśmy myleni – zwłaszcza, że z koleżanką byłyśmy przedstawicielkami czystej blond słowiańskości.

Wracając do tego dziwacznego języka muszę się przyznać, że pierwszy raz jadąc na rezydenturę byłam zupełną analfabetką. Przez pierwsze tygodnie ten język był jak woda. Nie rozróżniałam słów, zdania to były ciągi szeleszczących liter.

Nie wiem czy ktoś pamięta film „Trzynasty wojownik” z Antonio Banderasem, w którym główny bohater – arabski poeta, wyrusza do krainy Wikingów. Jest tam charakterystyczna scena przy ognisku, kiedy bohater zaczyna rozumieć język swoich towarzyszy. Od słowa do słowa powoli zamiast obcych wyrażeń pojawia się zrozumiały dla nas język. Świetnie ukazany proces. U mnie tak to się zaczęło – może nie tak spektakularnie jak w przypadku Banderasa, ale pierwsze granice zostały przekroczone.

Pierwsze czego się nauczyłam to oczywiście „brzydkie słowa”, nazwy niektórych części ciała i nomenklatura hotelowa. Po powrocie do Polski już na zajęciach okazało się, że tak naprawdę muszę zebrać swoją wiedzę do kupy i usystematyzować. Oczywiście pozostała jeszcze kwestia gramatyki, która w języku albańskim na szczęście nie jest jakaś strasznie skomplikowana.

Później pamiętam kolejne wyzwania. Pierwsza rozmowa telefoniczna (wszystko co miałam powiedzieć zapisałam sobie na kartce). Pierwsza konwersacja z obcą osobą, która nie wie, że do mnie trzeba mówić „powoli i dużymi literami”. Problemy z zapamiętaniem niektórych słów (do tej pory umyka mi suszarka oraz czasownik szukać) i próby wybrnięcia z twarzą z sytuacji pod tytułem „Pani Izo! Złamała się szczotka do toalety i ugrzęzła w rurze zapychając odpływ! Proszę nam pomóc zgłosić to na recepcji.”

W Albanii można dogadać się po angielsku, chociaż to tak naprawdę domena młodego pokolenia. Menu w restauracjach też już często występuje w wersjach dwujęzycznych. Częściej Albańczycy posługują się językiem greckim lub włoskim co jest wynikiem ogromnej emigracji do tamtych krajów.

Jednak dużo osób martwi się i czuje niepewnie. Myślenie „Jak ja się dogadam?” potrafi paraliżować. Dlatego przedstawiam niewielki przegląd rozmówek  polsko-albańskich.

Oczywiście rynek nie jest jeszcze nasycony, ale i tak jest lepiej niż w 2011, kiedy CUDEM zdobyłam na allegro rozmówki. Były skromne, ale przyznam, że są dla mnie kultowe. Zawierają podstawowe zwroty, trochę słownictwa przydatnego na wczasach, ale przyznam teraz z perspektywy czasu, że miały pewne braki. Na przykład wykaz potraw był bardzo ograniczony. Musiałam sama dopisać sobie wszystkie rodzaje mięsa lub poszczególne owoce morza. Podobnie z owocami i warzywami, przyprawami.

_bp5

Teraz najtańsza oferta i moim zdaniem całkiem praktyczna.

Te rozmówki mają większy zasób słownictwa i mogą również służyć do nauki języka dla początkujących. Niektóre zwroty są zupełnie niepotrzebne turyście, który przyjeżdża na tydzień do Albanii. Poza tym są niestety błędy, a raczej niedopowiedzenia. Na przykład w dziale o jedzeniu, a konkretnie owocach morza małże są reprezentowane przez słowo molusuk. Owszem są to mięczaki, ale w żadnym menu nie znajdziemy tego słówka 🙂 Wszędzie występują midhje. Po drugie zamiast kawioru czy ślimaków umieściłabym raczej takie słówka jak: kalmary czy ośmiornica. Żabich udek też raczej w Albanii się nie jada 😉

Niby dużo, ale trochę nieżyciowo. Znalazłam kilka takich kwiatków (jajka sadzone, rodzaje kawy oraz jakaś niezrozumiała miłość autorów do ostryg.). Na końcu znajduje się słowniczek, który wydaje się po prostu „zapchajdziurą”.

rozmowki_polsko__albanskie_IMAGE1_256151.jpgTrzecia opcja najbardziej rozbudowana i najdroższa. Jest to bardziej słownik – przy okazji zawierający rozmówki. Tą publikację jedynie przeglądałam i nie jestem w stanie ocenić jej dokładnie. Z jednej strony wydaje mi się bardzo obszerny jak dla zwykłego turysty, ale jednak jest to nadal pozycja praktyczna i podręczna.

untitled

Money, money, money…(2017)

ODŚWIEŻONY TEKST O PIENIĄDZACH W ALBANII 2017!

Walutą Albańską jest LEK jednak w restauracjach, większości sklepów, na stacjach benzynowych można zapłacić w EURO. Uśredniony kurs to: 1 euro = ok 135 leków.

Leków nie kupimy w Polsce (słyszałam o kilku kantorach, ale nie warto się trudzić), więc najlepiej zabrać ze sobą EURO. Można je później dla wygody wymienić na albańskie pieniądze w kantorach, których jest bardzo dużo. Często są połączone z placówkami Western Union lub Money Gram. Dolary również można wymienić, ale już nimi nie zapłacimy.

W większości sklepów oraz restauracji przyjmowane jest EURO! Ja zawsze polecam wymienić przynajmniej część na LEKI, bo wtedy będziemy bardziej zorientowani ile faktycznie zapłaciliśmy.

Pamiętajmy również, że monety mają niższą wartość (1 euro = 100 leków) i w niektórych miejscach niechętnie je przyjmują. Poza tym jeśli zapłacimy w euro prawie zawsze wydadzą nam w lekach. Wyjątkiem od tych reguł są często sklepiki z pamiątkami w takich miejscowościach jak Kruja czy Gjirokastra.

Oprócz wymiany w kantorach można spokojnie korzystać z bankomatów, których jest w Albanii dużo. Podobnie jak w Polsce – im większa miejscowość tym łatwiej o bankomat. Honorowane są i Visy i Mastercard. W restauracjach/hotelach nadal niezbyt często można znaleźć terminal do płatności kartą. Jak chodzi o sklepy to tylko markety posiadają taką możliwość.

Jak wyglądają albańskie pieniądze?

Zacznę od monet, które są w normalnym obiegu chociaż akurat monety o nominałach 1 lek i 5 leków są bardzo rzadkie. Takimi drobniakami jak poniżej zapłacimy na przykład za piwo, kawę czy bilet autobusowy lub pocztówkę. To są rzeczy, które nie kosztują więcej niż 100 leków.

Albania_money_coins

Pierwszym banknotem jest 200 leków czyli jest to już prawie euro i pół. Co można za to kupić? Byrek i dhalle, kebab (tzw suflaqe), magnesik na lodówkę.

kartmonedhe-200-leke-2007-unc

Za 500 leków można już zjeść obiad! Makaron z sosem pomidorowym lub pizzę i coś do picie!

500lek

Jeśli mamy już 1000 leków to zamawiamy owoce morza jakie tylko chcemy! Dla wielbicieli potraw mięsnych też porcja się znajdzie i to z frytkami i sałatką. W sklepie możemy pozwolić sobie na koniak i coś do przegryzienia. Albo skomponować romantyczne menu dla dwóch osób składające się z wina i serów oraz oliwek.

albania 1000 leke 2001 (p-69)

Za 2000 leków kupimy już porządny obiad dla dwóch osób nie tylko dla siebie 🙂

ALBANIA-2000-LEKE-2007-NEW-

I najwyższy nominał czyli szalej dusza piekła nie ma 🙂

1000

 

Feel the flow… wspomnienia z podróży II

Albania różni się od Kosowa.

Oczywiście wszystko przenika się i miesza. Kotłuje w wiecznym bałkańskim tańcu. Każdy „Bałkaniec” ma na twarzy piętno Imperium Osmańskiego. Gdzieś w ciemnych oczach, rysach, czarnych włosach… sama nie wiem. Mieszkańcy wszystkich krajów półwyspu mają w swoich twarzach specyficzną melancholię i zaciętość. Dzikość, mocny zarost i mocny makijaż. Nawet jak się śmieją to ich oczy jakoś tak diabelsko błyszczą szaleństwem, które w każdej chwili może wybuchnąć i stać się zarzewiem kolejnego konfliktu. Te ich wojny paliły już nie raz nasz kontynent. Nie raz rozbudzały cały świat, który zastygał w oczekiwaniu jakiejś nieopisanej katastrofy. Katastrofy, która objawiała się na tym obszarze zapomnianym przez Boga, a zarazem przez Boga tak dopieszczonym.

Poprzedni wiek nie był łaskawy. Jugosławię rozdarła wojna, natomiast Albania wpadła w szpony straszliwego totalitaryzmu. Jak już uciekli z pod jarzma też nie działo się dobrze… ale chyba w końcu wyjdą na prostą. Oczywiście jak oświecona Europa im pozwoli.

Albania powitała mnie deszczem…

Granicę przekroczyliśmy bez najmniejszych problemów i kontynuowaliśmy podróż naprawdę świetną trasą. Widoki jak przystało na kraj kontrastów zaskakiwały moich towarzyszy podróży. Góry i opuszczone postkomunistyczne budynki, które przerażały brakiem szyb. Miejsca, które zupełnie nie zaadaptowały się w nowych realiach. Symbolem tego upadku poprzedniego systemu zdecydowanie może być piramida Hoxhy, która straszny w samym centrum pędzącego w stronę kapitalizmu miasta. Albania nie wie co zrobić z  komunistycznymi wspomnieniami, ale właśnie swoja nieporadnością bardzo poprawia nastrój przybyszom z tej lepszej Europy. Chociaż trzeba przyznać, że centra handlowe mają tak samo bezduszne jak i w Polsce. Marki te same, chociaż znajdziemy też dużo niepopularnych u nas włoskich produktów. Buty i torebki z mojej perspektywy godne westchnień. Z resztą moje ukochane buty przywiozłam z Albanii właśnie i boję się, że kiedyś po prostu rozpadną się, gdzieś w podróży.

A Vlora zimą jest zaspana. Od zatoki wieje i wilgoć wdziera się wszędzie. Widać ten melancholijny rys jeszcze wyraźniej na albańskich twarzach. Wszyscy znajomi powtarzają, że zima to straszna nuda. Pogoda jest, ale nie ma komu jej doceniać, gdyż miasto jest w letargu. Albania zimą wydaje się nieprzyjazna – niezwykle hermetyczna. Brak kolorów sprawia, że zdaje się być narysowana grubą kreską, która może wzbudzać niepokój. Na pewno nie poddaje się łatwo obserwacji. Myślę, że fajnie się czasem zatrzymać i zastanowić, a nie w kółko powielać jakieś schematy. Nabrać dystansu.

Dobrze jest znaleźć knajpę przy porcie, gdzie pan w zaplamionym żółtym golfie będzie podawał nam najlepsze ryby na świecie. Przygotowane tak, że nie powstydziłaby się ich najbardziej wypasiona restauracja.

Dobrze jest spojrzeć na gruzowisko pozostałe po hotelach, które nie miały zgody na budowę i stwierdzić, że teraz z każdego punktu deptaka będzie widać morze i Vlorę w pełnej krasie.

Dobrze też trochę się zasmucić, że pośród tych gruzów legła również knajpka z pyszną jagnięciną lub miejsce, które pamiętało się ze względu na jakiś niewiele znaczący dla ludzi drobiazg. Jeżeli reagujemy na coś żywiołowo i osobiście to znaczy, że jesteśmy na swoim miejscu.

Albania powitała mnie deszczem… żeby później rozpogodzić się i zażartować „Tylko Cię sprawdzałam! Jesteś nasza.”

1004092_10152030163212737_1085928652_n 1013308_10152030162727737_1144206418_n 1546207_10152030163402737_923888230_n 1654277_10152030162927737_998061081_n 1794592_10152030163267737_1898797294_n 1796541_10152030163567737_1025618018_n

Feel the flow… czyli wspomnienia z podróży I

Kilka dni temu wróciłam z Bałkanów. W polskich temperaturach ciężko jest myśleć o „moich rejonach” bez tęsknoty.

Trasa była ciekawa i różnorodna, gdyż obejmowała Kosowo, Albanię, Czarnogórę oraz Chorwację. Jak jeszcze dodamy, że Serbia i BiH też znajdowały się na naszej drodze mamy lwią część półwyspu w garści. Od ponad 10 lat przemierzam te ścieżki i miarą mojego dorosłego życia są tak naprawdę nie lata, ale kilometry.

Niezależnie od tego który raz przemierzam Bałkany zawsze coś mnie zaskoczy, zastanowi lub oczaruje. Najważniejsze jest to, że pierwszy raz odwiedziłam Kosowo i w końcu byłam w samym środku „zimy” we Vlorze. Oczywiście ta wycieczka wywołała we mnie takie straszne pokłady emocji, że myślę, że na mojej głowie można było zagotować garnek całkiem niezłej zupy. Niejednokrotnie odczuli to towarzysze podróży, którzy musieli się przebić przez mój słowotok oraz mentalny haj. To niezwykle inspirujące, ale i na wskroś intymne mówić ludziom o swojej pasji, która nie musi być przez nikogo rozumiana. Bo kochać Bałkany to trochę jak żyć z na pozór brzydką żoną. Jeden ze znajomych kierowców mówi o swojej per Kazimierz… bo taka paskudna. Ale nawet w sztok pijany wraca jednak do niej 🙂

O Albanii mogę godzinami gadać i wyłuskiwać te wszystkie śmieci z jej pięknego krajobrazu. Złoszczę się. Obiecuje sobie, że to już ostatni rok w turystyce. Ostatni sezon na południu. Później uśmiecham się po kolejnym telefonie, kiedy udaje mi się wytłumaczyć zmartwionemu turyście, że naprawdę nie ma się czego bać, że nawet w tym chaosie stereotypów można znaleźć słońce, plaże i cudne jedzenie. O tym jeszcze nie pisze się wprost. Jeszcze nie każdy potrafi o tym mówić. Dlatego takie wariatki jak ja muszą czasem o tym krzyczeć. Sama sobie taki kierunek wybrałam. Nie mam co narzekać.

Drodzy czytelnicy.

Wiecie jak fajnie jest usiąść na piwku na deptaku w Prishtinie? Pośmiać się z tego, że można go przejść w minutę „wte i wewte”! Ale tak niesamowicie wystrojonych starszych panów widziałam tylko na pocztówkach z Paryża lub Wiednia. Płaszcze i kurtki w stonowanych beżach lub czerniach oraz wszechobecne szaliki w elegancką kratkę. Każdy z resztą tam jest jak z żurnala i cieszyłam się, że mogę się ładnie ubrać i usiąść w nienachalnym słońcu pośród tych ludzi, którzy chcą być w sposób zachodnioeuropejski  bogaci, ale jeszcze nie do końca wiedzą jak. To zdecydowanie łączy ich z Albańczykami, bo summa summarum w Prishtinie równie często jak albańską mentalność można spotkać również matkę Jugosławię. Godnie reprezentowaną przez komunistyczny monolit Hotelu Grand oraz megalomańską budowlę Biblioteki Narodowej.
Pamiętajmy również, że pierwszą rockową piosenką w języku albańskim był przebój na wskroś jugosłowiańskiego Bijelo Dugme Kosovska.

Jest bardzo eklektycznie ze względu na duże stężenie obcokrajowców w krwiobiegu miasta. Czuć tam ten nerw rozwoju i przemiany. Krok ludzi potrafi być szybki i zdecydowany. Rytm pędu nowoczesności miesza się z staromodnym, bałkańskim i  powolnym stukotem obcasów na odnowionym bruku. Kawiarnie krajów południowych same w sobie dają smak codzienności bałkańskiej.

Kelnerzy podają nam wino. Rozkładają serwetki na kolanach. Starają się dopieścić przybyszów z innego świata. Świata, który doskonale pamięta rozkładane stragany z pierwszymi telefonami komórkowymi. Pierwsze przemiany, bohaterów z mównic parlamentarnych i palce wzniesione w geście Viktorii. Kafejki internetowe na każdym rogu i życie, które w końcu traci wszechobecny koloryt szarości.

Chyba dlatego tak im wszystkim kibicuje żeby w końcu starli z siebie ten komunistyczny kurz i mogli iść w pełni dalej. Utracą dziewictwo, ale myślę, że zawsze będą mieli w zanadrzu swoją dzikość, która wcale nie musi być negatywnym słowem.

IMG_0131Prisztina_Kosovo1 Prisztina_Kosovo3 Prisztina_Kosovo8 Prisztina_Kosovo10

Pod albańskim aniołem

Ostatnio było o narkotykach 🙂

W związku z wejściem na ekrany polskich kin opartego na książce Jerzego Pilcha filmu „Pod Mocnym Aniołem” zaczęłam się zastanawiać jak wyglądałaby wersja albańska pijackiego monologu.

Jak piją Albańczycy? Jak się odnoszą do naszego swobodnego podejścia do alkoholu? Jakie są napoje wyskokowe w Albanii? Takie pytania również pojawiają się w moim turystycznym świecie. Padają m.in. w trakcie zakrapianych imprez, między jednym toastem a drugim. Często właśnie w obecności Albańczyków, którzy do samego picia alkoholu podchodzą spokojniej niż Polacy. Reagujemy na alkohol bardziej entuzjastycznie i nieraz dziwimy się zdystansowaniu tego przecież otwartego ludu z południa. Spokojnie- Albańczycy święci nie są i za kołnierz nie wylewają. Zabawa w mieszanym narodowościowo towarzystwie i tak w końcu zamienia się w gwarną imprezkę z pełnym emocji przybijaniem toastów. „Gezuar!” na jedną nóżkę! „Na zdrowie!” na drugą nóżkę!

My nasze „Hej Sokoły!”. Oni zamawiają następną kolejkę. Piwo się pieni i przelewa. Rakija znika. Wszyscy ruszają w tany i nagle okazuje się, że jest czwarta rano i przez całą noc trzymaliśmy kelnerów, którzy nie mają szans się wyspać. Rezydenci po wieczorach integracyjnych też ledwo rano powłóczą nogami i sączą dhall, który ma ukoić skołatane… nerwy. W ostateczności pozostaje kawa z… z rakiją właśnie. Pierwszy raz zaserwowano mi ją na pusty żołądek na samym początku mojego pobytu we Vlorze. O godzinie 9 rano. Nie mogłam nawet się skrzywić, bo musiałam ubijać interesy, więc pewna męska twardość była wskazana. Pobudza, nie zaprzeczę. Widziałam jak kilka osób postawiła na nogi, jak byli mocno wczorajsi. Jest połączeniem naszego swojskiego klina z elementem na wskroś bałkańskim. Z jednej strony egzotyka, z drugiej taka swojska i bliska.

Tak jak na całych Bałkanach najpopularniejsza jest raki/rakija. Słowo najprawdopodobniej pochodzi z arabskiego al-rak czyli słodki. Jednak korzenie samego trunku nie są znane i zwłaszcza Serbowie, Bułgarzy i Turcy spierają się o to kto „wynalazł” ten napój.
Turcy uważają, że to oni zaszczepili tradycje wytwarzania raki w trakcie trwania panowania Państwa Otomańskiego na tych ziemiach. Niezależnie od tego kto był ojcem, każdy naród swój specyficzny trunek posiada.

W Albanii jednak raki rrushi czyli rakija z winogron jest najpopularniejsza. Oczywiście mocna jak diabli i dla koneserów. Niektórzy twierdzą, że smakuje jak bimber i na samą myśl ich otrząsa. Pije się ją w większych kieliszkach lub wręcz w szklankach. Jednak nie „na raz” tylko sączy powoli. Polacy czasem zadziwiali tym, że potrafili przechylić całość w oka mgnieniu jak polską czystą. Nie tędy droga, bo można bardzo szybko spaść pod stół, a to jest źle widziane. Przede wszystkim raki potrafi mieć i 70%! Dlatego lepiej spokojnie popijać i podgryzać meze czyli zakąski w postaci qofte, sera, oliwek, czosnku etc. Można też najpierw zjeść obfitą kolację i dopiero zasiąść do picia.

A dlaczego takie swojski „upadek z dywanu na głowę” nie jest dobrze widziany w Albanii? Otóż Albańczycy uważają, że takie spicie się jest równoznaczne z utratą honoru.Czasem jest to traktowane poważniej czasem mniej, ale lepiej swojej twarzy nie kłaść na szali. Dotyczy to zwłaszcza wrażliwych na tym punkcie mężczyzn. Kobiety piją mało albo wcale. Raczej nie organizują sobie mocno zakrapianych imprez czy nasiadówek z koleżankami przy dużej ilości wina. A faceci – owszem potrafią w swoim gronie nieźle zaimprezować i to do godzin porannych.

Nigdy nie widziałam spitego w sztok Albańczyka. Często turyści się dziwią, że na ulicach nie ma pijaczków, którzy zaczepiają i ochrypłymi głosami mówią „Szefie poratuj pan złotóweczką!” Czy nawet takich idących do domów jakby śledzili węża. Znam mężczyzn, którzy z alkoholem mają problem. Jeden upija się sam na smutno i czasem nie kontroluje ilości spożytej w towarzystwie, drugi – staruch, który bez raki o poranku nie mógłby być „szarmancki”. I kilku pomniejszych.

Polskiej wódki znajomym już nie przywożę, bo dla nich przestała być ciekawa. Nie wpadają w jakiś zachwyt na czystą czy nawet żubrówką. Pewnie poprzednie butelki kurzą się na meblościankach. Jeśli już alkohole to nasze piwo, które bardzo sobie cenią.

W Albanii pije się – zwłaszcza latem – dużo piwa. Już wspominałam o mrożonych kuflach i lanym browarku. To jest kwintesencja wakacyjnego odpoczynku i ochłody. Najpopularniejsze browary to: Tirana, Korca, Kaon oraz Norga. Jest również kosowska Peja, która cieszy się również dużą popularnością.

DSCN0595 DSCN0771

Pisząc o alkoholach nie mogłabym nie wspomnieć o słynnym koniaku Skanderbegu! Jest to jedna z najpopularniejszych pamiątek przywożonych przez turystów. Bardzo dobry i tani (600 leków – ok 4,5 euro) koniaczek warto kupić czy dla siebie czy w prezencie. Nazwa pochodzi od największego bohatera narodowego Albanii.

Historia trunku sięga 1933 roku, kiedy włoska rodzina stworzyła recepturę prostego przetwarzania winogron. W roku 1957 rozpoczęto masową produkcję. Aktualnie firma produkuje nie tylko Skanderbega, ale również wina i raki.

Jak widać pijacka opowieść w Albanii byłaby zupełnie inna niż w Polsce.