Berat/Ardenica

Jak doskonale wiecie w sezonie niestety nie mam czasu na pisanie. O Beracie pisałam – o Ardenicy jeszcze będę chciała napisać wiele, wiele więcej.

Dziś chciałam pokazać jak wspaniale jest zwiedzać te dwa miejsca poprzez fotografię Krystiana Pilawy. Zdjęcia są genialne! A każdy kto chce może zobaczyć „na żywo” jak oprowadzam po tym mieście. Tu macie mały przykład mojego szaleństwa 🙂 Continue reading „Berat/Ardenica”

Albania w domu

Kilka razy w ciągu sezonu zdarza mi się w turnusie śmieszek, który zadaje, z udawaną powagą , pytanie, gdzie można kupić Kałasznikowa na pamiątkę. Kilka osób pytało też o granaty, ewentualnie o marihuanę z Lazaratu. Może to być rozczarowujący wpis, bo wśród pamiątek, które można przywieźć z Albanii nie będzie tych precjozów. Continue reading „Albania w domu”

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Albanii…

Planując wakacje każdy potrzebuje jak najwięcej praktycznych informacji dotyczących kraju, do którego się wybiera. Mój blog służy jako takie jedno wielkie FAQ już od dwóch lat, ale wiem, że brakuje kilku drobnych info albo czasem trzeba dotrzeć do odpowiedniego wpisu. Continue reading „Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Albanii…”

Z życia rezydenta 4

Dziś ostatnia część moich wspomnień i dlatego wybieramy się na wycieczkę do Sarandy. Czas pośmiać się trochę z Albańczyków, których polscy turyści też potrafią zaskoczyć. Naród to niezwykle przyjazny, ale językowo znajdujący się na innej planecie. Język polski jest dla nich niezwykle egzotyczny i czasem mogą wynikać z tego powodu niewielkie nieporozumienia. Kiedyś opowiadając z entuzjazmem turystom w autobusie o albańskich drogach zostałam zapytana przez zaniepokojonego albańskiego kierowcę, dlaczego gadam tyle o…. narkotykach (alb. droga – narkotyk).
Wróćmy jednak do Sarandy, gdzie w trakcie wycieczki turyści mają czas wolny na deptaku. Miejscem zbiórki jest parking niedaleko ekskluzywnego hotelu Butrint.

Jednego razu panowało tam wielkie poruszenie! Wszyscy uczestnicy fakultetu pozowali i robili sobie zdjęcia przy plakacie wyborczym burmistrza Sarandy zanosząc się przy tym śmiechem. Po kilku chwilach również zaczęłam chichotać obserwując tą scenkę. Kierowca-Albańczyk nerwowo zerkał to na mnie, to na turystów. W końcu zapytał o co nam Polakom znowu chodzi? „Słuchaj ten wasz polityk nazywa się Stefan… Cipa, a to po polsku znaczy…” W ten sposób burmistrz Sarandy stał się najpopularniejszym albańskim politykiem, przynajmniej wśród Polaków. Natomiast przez pewien czas najpopularniejszym polskim słowem wśród moich albańskich znajomych stało się… no chyba wiadomo.

Z życia rezydenta 3

 

Vlora trzeba przyznać jest kurortem jak się patrzy. Atrakcji jest co niemiara, a samo miasto jest jednym z największych w Albanii. Jednak nigdy nie sądziłam, że można się tam zgubić.

Po tradycyjnym wieczorze albańskim organizowanym dla turystów wróciłam do hotelu. Już zasypiałam, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. Był to nastolatek, który przyjechał na wczasy z całą rodziną. Widocznie przestraszony wypalił tylko „Zgubiłem dziadka”. Dziadek był sympatycznym, aczkolwiek rozrywkowym panem po siedemdziesiątce, który uwielbiał „wino, kobiety i śpiew”. Chcąc poznać szczegóły nagłego zniknięcia dziadka usłyszałam historię, jak po wieczorze integracyjnym wnuczek pojechał z dziadkiem na dyskotekę. Jako środek transportu wybrali autostop, a konkretnie złapali… betoniarkę. Jakimś cudem tam nie dotarli, więc będąc już w centrum Vlory postanowili poszukać pocztówek. Nadmieniam, że była godzina mniej więcej druga… ale w nocy! Nagle dziadek oddalił się w nieznanym kierunku.

 Gdy już byłam gotowa do akcji poszukiwawczej i być może ratunkowej na
parking hotelu wjechał na skuterze dziadek. Pomocny Albańczyk wziął tego
oryginalnego autostopowicza i zawiózł go na miejsce. Mimo, że pasażer
pytany o miejsce zamieszkania wykrzyknął „Hotel! Vlora!” co nie
specjalnie ograniczyło krąg poszukiwań. Szczęśliwie nasz bohater
przynajmniej pokazał szerokim gestem kierunek, z którego przybył. Morał
jest prosty. Naród albański jest bardzo pomocny i nawet w środku nocy
znajdzie się jakiś kierowca betoniarki lub skutera, który podrzuci na
miejsce zbłąkanych wędrowców. Jednak pamiętajmy również o tym, że każde
miejsce ma niewielkie wady np. po północy pocztówek we Vlorze nie
kupisz.

Z życia rezydenta 2

Kuchnia albańska jest zbliżona do tej, którą spotykamy w Chorwacji, Czarnogórze czy innych krajach Półwyspu Bałkańskiego. W restauracji możemy zamówić owoce morza, ryby czy grillowane mięso. Istnieją również potrawy charakterystyczne dla tego kraju. Aby uniknąć oskarżeń, że wyśmiewam się z kogoś tym razem opowiem moją przygodę związaną z jednym z najbardziej egzotycznych albańskich dań. Pierwszy raz udało mi się skosztować tego specjału na kolacji z całą bandą Albańczyków, którzy zawsze dbają o to żeby stół biesiadny uginał się od różnorodnych potraw. Kiedy po wątróbkach, nereczkach, płuckach i innych przysmakach zabrałam się za ciekawie wyglądające COŚ wywołałam rozbawienie. Im bliżej mój widelec był półmiska tym głośniejsze stawały się chichoty, a spojrzenia coraz bardziej znaczące. Wszyscy oczekiwali, że w końcu padnie z moich ust pytanie „A co to jest?”. Sama umierałam z ciekawości! Wszyscy zaczęli pokazywać pod stół i uśmiechać się znacząco. A co tam! Raz się żyje! Jądra też mięso! Pomyślałam i dokonałam konsumpcji. Co więcej smakowało mi bardzo i tego wieczora wyszłam z mocnym postanowieniem, że to nie był mój ostatni raz.

Kilka turnusów później na spotkaniu organizacyjnym wspomniałam o mojej kulinarnej przygodzie. Okazało się, że damska część grupy jest zainteresowana degustacją! Ładnie ubrane poszłyśmy do lokalu, gdzie można było skosztować jąderek. Podeszłam do znajomego właściciela i pełna entuzjazmu zapytałam po albańsku „Czy masz… jądra?” Stanął jak wryty. „No jądra… jądra macie?” Jego mina wyrażała tylko jedno „Kto ci dziewczynko zrobił taki dowcip?” Po chwili napięcia postanowiłam uczynić moją sytuację jeszcze bardziej beznadziejną „Ale ja naprawdę wiem co to są jądra”. To już przesądziło sprawę i właściciel buchnął śmiechem informując cały lokal o moim zamówieniu. Kelner grzecznie podreptał na zaplecze i za chwilkę pojawił się przy naszym stoliku z surowymi „klejnotami” dopytując ponownie czy aby na pewno to mamy na myśli. Koniec końców otrzymałyśmy naszą potrawę w formie grillowanej. Ewidentnie zaleta tej sytuacji jest taka, że zawsze mogę liczyć „U Klodiego” na przyjęcie z otwartymi ramionami. Zapraszam wszystkich!

Z życia rezydenta 1

Dziś nie o samej Albanii. Bardziej o mojej pracy.

Dużo piszę o promocji Albanii, jako kraju na wakacje. Niestety jeszcze bardziej w kontekście, że brak jest promocji z prawdziwego zdarzenia. Chociaż jak w 2011 wyjeżdżałam tam pierwszy raz materiałów nie było prawie w ogóle. Rozmówki zdobyłam cudem na Allegro, przewodniki były dosłownie trzy i sama nie wiedziałam prawie nic o Albanii.  Wcześniej byłam tam, ale jednak jakby na to nie patrzeć – turystycznie. Nie oszukujmy się – język okazał się kluczem.

Teraz, gdy już „coś” wiem, mogę spokojnie zająć się promocją. Fajnie, że w końcu znalazłam też miejsce, gdzie mogę to swobodnie robić 🙂

Zapraszam do śledzenia moich wspominków.

Już pierwszy raz jak tam trafiłam do Albanii poczułam, że to moje miejsce. Przyjaciele wspominają, że w Tiranie, kiedy chaos komunikacyjny osiągał granice absurdu z miną oszołomionego dziecka wypaliłam „Ale rozpierducha! Ja tu jeszcze wrócę!” Nie sądziłam, że wrócę zawodowo i na tak długo! A to, że zacznę porozumiewać się w języku albańskim, który jest podobny zupełnie do niczego, wydawało mi się wtedy nieosiągalne! Sama swoją karierę językową w tym kraju rozpoczęłam od zamówienia deski serów zamiast kotleta i frytek.Turyści czasem również mają problemy z komunikacją, ale często kończy się to bardzo ciekawie. Tak było w przypadku Pana Janusza. Turyści czasem również mają problemy z komunikacją, ale często kończy się to bardzo ciekawie. Tak było w przypadku Pana Janusza.

W Albanii podobnie jak w innych krajach bałkańskich, w najlepsze trunki domowej roboty można zaopatrzyć się na targu. Oprócz rakiji króluje wino. Na jednej z imprez integracyjnych Pan Janusz raczył się właśnie kupionym „od chłopa” winkiem. Każdy chętny mógł skosztować tej ambrozji polewanej z plastikowej butelki. Towarzyszyła temu oczywiście historia ile śmiechu było przy zakupie. Ile to trzeba było finezji, umiejętności językowych i wykorzystania języka migowego żeby jakoś się porozumieć ze sprzedawcą. Jednak każdy uczestnik tej oryginalnej degustacji już po jednym łyku zaczynał krztusić się i prychać. „” wykrzykiwali wszyscy. W końcu trunku spróbowała doświadczona gospodyni domowa. „Janusz! Przecież to ocet winny! Kupiłeś ocet winny!” Nie zbiło to jednak naszego bohatera z tropu. Wznosząc plastikowym kubeczkiem toast wykrzyknął: „To nie ocet! To folklor! Ja piję folklor!” Tego wieczoru Pan Janusz wypił ok litra octu winnego. Dnia następnego po bardzo ciężkim poranku chwalił się wszystkim, że dzięki „folklorowi” w końcu pozbył się pewnych problemów nazwijmy to trawiennych. Mimo, że komfort życia Pana Janusza niezwykle się poprawił polecam stosowanie albańskiego octu winnego raczej do sałatek 😉