Dymijë e shtatëmbëdhjetë czyli Do siego roku!

Niby wpisy podsumowujące czasem są takie trochę wydumane. Jednak ja mogę powiedzieć, że to co zamieściłam wczoraj miało ogromny wpływ również na moje życie i pracę. Ciężko zebrać w jedno klarowne podsumowanie mój prywatny rok. Na pewno dużo napisałam w posumowaniu sezonu, bo dla mnie rok dzieli się na przed sezonem i po sezonie. Sylwester mógłby wypadać w sierpniu niczym w filmie „Lejdis”. Fajne jest to, że we wszystkich opisanych przeze mnie wydarzeniach mogłam dość świadomie uczestniczyć będąc na miejscu. Kibicowałam z Albańczykami drużynie na EURO, żegnałam starego ambasadora i witałam nowego, próbowałam zrozumieć dyskusje o reformie sprawiedliwości i klęłam jak szewc słysząc o pomysłach elektrowni wodnej w Valbonie. Continue reading „Dymijë e shtatëmbëdhjetë czyli Do siego roku!”

Voskopoje. Albańska Atlantyda

Zapomniałem powiedzieć, że w Voskopoje rosło dużo mchu. Na wiosnę, kiedy topnieją śniegi, pola wokół miasta pokrywał fioletowy mech, który we wschodnich promieniach słońca przybierał niebieską barwę. O tej porze roku zapach mchu wypełniał Voskopoje i kobiety zajmowały się jego zbieraniem. Ich piersi, włosy, pachy i całe ciało pachniało mchem oszałamiając mężczyzn. (…) Od mchu wzięła się nazwa Voskopoje, które w dawnych czasach po łacinie zwane było Muskopolis lub Miasto Mchu. (…)
Jeśli Voskopoje byłoby ciałem to kupcy i rzemieślnicy byliby dłońmi i nogami, artyści byliby oczami i uszami, natomiast kapłani byliby mózgiem. Pozostała część byłaby ustami, które jedzą dzięki trzem pozostałym oraz za nich mówią.
Ben Blushi „Te jetosh ne ishull” tłum. własne*

Continue reading „Voskopoje. Albańska Atlantyda”

Czytelnia bałkańska

Lubię Święta, bo wtedy mam trochę więcej czasu na beztroskie czytanie. Nigdy nie wychodzą mi ambitne plany przerobienia wszystkich „lektur”, które sobie zadam. Zwykle kończy się to na przeczytaniu wszelakich babskich gazet, które znajdę u Mamy, ale jak zapasy się skończą w końcu przychodzi czas na Literaturę z prawdziwego zdarzenia. Continue reading „Czytelnia bałkańska”

Albania pod choinkę

Pierwsza mikołajkowa fala minęła, ale teraz nastał okres świątecznej gorączki.

Czas zastanowić się nad prezentami. Moje propozycje będą tradycyjnie albańskie 🙂 Klasycznie stawiam na książki i tym razem zrobię przegląd dostępnych na polskim rynku przewodników po Albanii. Continue reading „Albania pod choinkę”

Wszystkie zmysły

Przyznaję się bez bicia, że do programu „Kossakowski. Szósty zmysł” podchodziłam dość sceptycznie. Jakoś te jego podróże mnie nie fascynowały. Byłam po prostu podejrzliwa. No, bo co? Przede wszystkich tych wszystkich znachorów i jasnowidzów traktowałam przez pryzmat modnego swego czasu pana „Ręce, które leczą”, który napełniał energią wodę mineralną przez telewizor. Jestem wychowana w bardzo przesądnej wiejskiej kulturze, ale to było dla mnie za wiele. Już nawet Kaszpirowski, do którego modlili się wszyscy był dla mnie podejrzanym typem ze śmieszną grzywką.

Pierwszy mój kontakt z postacią Przemka Kossakowskiego to wywiad w Wysokich obcasach, od których jestem uzależniona (proszę o tym pamiętać na turystycznych szlakach! To cienkie pisemko to dla mnie nie lada gratka!). Czytałam w tramwaju, w drodze do pracy i stwierdziłam, że to strasznie fajny koleś. Dawno się nie spotkałam z takim bezpretensjonalnym podejściem do życia. No spoko, spoko – pomyślałam poruszając chyba wszechświat. Później zadziałały te wszystkie dróżki przeznaczenia i przypadku i gruchnęła wiadomość, że nowa edycja jego programu będzie, nie gdzie indziej tylko na Bałkanach. Jak jeszcze usłyszałam, gdzieś albańskie szwargolenie w tle i hasło Kosowo to ustawiłam wszystkie przypominacze na środę godz. 21:55. Tak pięć minut wcześniej żeby już się ładnie ubrać, umalować i pojechać chociaż na chwilę na Bałkany!

Pierwsze odcinki to wizyta w Rumunii co cieszyło i wprowadzało element oczekiwania. A czekałam z wypiekami jak szalona gimnazjalistka. Cholera ile bym siły nie wkładała w to żeby oglądać wszystko profesjonalnym okiem Przemek K. mnie ujął i chyba pierwszy raz nie zbesztam kogoś o przedstawienie w tym wypadku Kosowa.

Bywa pobieżnie, irytująco skrótowo, ale jakoś tak naturalnie ten cały Bałkański świat się układa. Może dlatego, że program jest ciągłym eksperymentem na żywym organizmie prowadzącego, brak jest typowego spojrzenia z góry na „biedne kraje”. Gdzieś po drodze są wspomnienia o mafii czy wszechobecnych mercedesach, ale nie ma w tym nachalności definiowania narodu przez te symbole. Kossakowski wypada zdecydowanie naturalniej w gestach bratania się z ludźmi niż Martyna Wojciechowska, która próbowała zamknąć wielowiekową tradycję w swoim bardzo ciasnym formacie. Ona zastosowała metodę – znajdźmy temat w jakimś kraju, a później go przytnijmy tak jak nam się podoba i udawajmy obiektywizm. Kossakowski ma trochę inną metodę – nie sili się na panoramę, szukanie fundamentów. Ma konkretne przypadki, które pokazuje i całkowicie subiektywnie komentuje zostawiając sprawy kulturowe trochę z boku.

Bardzo dużo miejsca jest poświęcone gościnności i otwartości Kosowarów. Faktycznie podkreśla się to zdecydowanie w narracji i pokazuje, że Ci ludzie są fajni. Może niemodnie ubrani, z zaciętymi twarzami, ale jacyś bliscy i swojscy. Nie często zdarza się człowiek, który spojrzy na ten świat bałkański bez poczucia wyższości. Z szacunkiem. Bo zawsze chodzi o szacunek, a tego czasem brakuje przybyszom „z lepszego świata”.

A same rytuały – jedynie słyszałam o derwiszach i rytuałach samookaleczania. Inne metody chyba nie są jakieś specjalnie nowatorskie czy innowacyjne. Z resztą w Dzień Dobry TVN plastikowa Jola Pieńkowska obleczona w modny pomarańcz zaczęła wyśmiewać wiarę w dżiny i dość ironicznie podchodzić do całej sprawy. Przemysław delikatnie aczkolwiek dobitnie jej wytłumaczył to, jak ludzie świat postrzegają i że jej postawa no cóż jest… arogancka. No faktycznie mogłaby sobie Jolka troszkę o dżinach w islamie poczytać 😉 Przecież od czegoś są internety i Wikipedia!

Dla ciekawych „Masakra Joli” 🙂

Mnie osobiście zaciekawiła dwujęzyczność tej części o Kosowie. Słyszałam nieustannie przeplatające się serbski i albański pomiędzy gestami, które były znajome jakby pochodziły z południa Albanii, a czasem widziałam delikatne modyfikacje. Chyba tym się najbardziej upajałam.

Polecam Szósty zmysł nawet nie dla samych znachorów i jasnowidzów. Bardziej ze względu na prowadzącego, który z tymi ludźmi i wypije raki i zapali papierosa, ale przede wszystkim traktuje ich poważnie. To nie jest szukanie tematu na siłę ani też głębokie studium o jakimkolwiek kraju. Kossakowski pokazuje, że wszyscy jesteśmy bardzo do siebie podobni i nie żyjemy w jakiś innych światach. Chyba fajnie udowodniono to również poprzez piękne zdjęcia oraz ostatnie spotkanie w Kosowie z niepełnosprawnym jasnowidzem. Nie wiem czy to jakaś moc tego człowieka czy dobre ustawienie kamery, ale mimo ewidentnego kalectwa Radu będzie mi się zawsze jawił jako najpiękniejszy człowiek w całej tej serii.

Może, gdzieś tkwi w tym moja naiwność, że daję się wkręcić w takie proste historie, ale mimo, że Przemkowi nieustannie podkręca się filtrami niebieski kolor oczu to jednak mu wierzę. Pokazuje pewien wycinek rzeczywistości, który niezależnie od kraju zawsze wyglądać może jarmarcznie. Czasem się dziwi, czasem trochę śmieje. Ja też się śmieje i mam na sumieniu o wiele większe grzechy przeciwko narodom bałkańskim niż on. Pokazał biedne wsie? No pokazał, bo one istnieją i nie ma co się oszukiwać, że Kosowo jest jakimś eldorado. Ale to jak sfilmowany został Prizren czy Prishina, albo obrzęd derwiszów? Piękności. Uważam, że równowaga została zachowana.

I tak dziękuję za wycieczkę na moje ukochane południe.

kossakowski

 

Wypadek podczas kolacji

W ciągu ostatnich miesięcy na polskim rynku wydawniczym pojawiły się aż DWIE albańskie książki! Sama nie wierzyłam własnym oczom, ale jedna po drugiej wychodziły powieści nie kogo innego, jak Ismaila Kadarego! Oczywiście w tłumaczeniu Doroty Horodyskiej!

W moim blogu padło już nazwisko Kadarego, który pozostaje najbardziej znanym i utytułowanym pisarzem albańskim na świecie. Można się podśmiewać, że tak znanym, że nikt normalny go nie kojarzy. W sumie racja – naszych wieszczy też nikt normalny za granicą nie kojarzy, więc jedziemy z literaturą albańską na tym samym wózku. Nie martwi mnie to wcale, gdyż jest to literatura doskonała.

Sam autor jest postacią ciekawą i kontrowersyjną – można napisać, że ciekawą, bo kontrowersyjną. Ismail Kadare urodził się w Gjirokastrze w 1936 roku i jego życie oczywiście splotło się z czasami dyktatury Envera Hoxhy. Jako dziennikarz, deputowany do parlamentu, a w końcu pisarz, który już swoją pierwszą powieścią narobił międzynarodowego zamieszania zawsze znajdował się w pobliżu władzy.

Po dziś dzień niektórzy uważają go za pupilka komunistów. Z kraju wyemigrował dopiero w 1990 roku, kiedy Hoxha już nie żył, a system padał. Wcześniej tego nie zrobił – chociaż wyjeżdżał za granicę… i „przemycał” pod przykrywką tłumaczeń mikro powieści  uderzające w ówczesne władze.

Faktycznie książki, które tworzy w zasadzie zawsze – nawet na marginesie i od niechcenia – komentują metaforycznie Albanię czasów koszmaru.

Podobnie jest z najnowszymi pozycjami, które ukazały się na naszym rynku. Są również zbiorem motywów znanych z innych powieści.

Pierwszym znakiem charakterystycznym stylu Kadarego jest tajemnica, której „rozwiązanie” wcale nie satysfakcjonuje czytelnika. W ‚Wypadku” mamy sprawę wypadku samochodowego – zdawać by się mogło banalną, natomiast „Kolacja dla wroga” to całe zestawienie tajemnic zaplątanych w okół tytułowej kolacji.

W pierwszej z powieści Kadare moim zdaniem czasem nawet zbyt mocno zaciera ślady i miesza szyki. Nie wiadomo co jest prawdą, a co snem. Czasem nawet nie do końca wiemy kto jest narratorem, czy to jeszcze zeznania czy już wspomnienia nieżyjących od pierwszych stron głównych bohaterów. Tropem może być samobójstwo nieszczęśliwych kochanków. Może to być również morderstwo na tle politycznym, gdyż mężczyzna był analitykiem Rady Europy zajmującym się konfliktem na Bałkanach.

Nie będę ukrywać, że historia tym razem mnie zmęczyła i ukończenie książki nie wywołało we mnie fali entuzjazmu jak inne jego powieści. Czytałam opnie, że powieść wydaje się być przekombinowana. Mam podobne odczucia – mimo całej erudycji i kunsztu autora. Gdzieś zginął klimat, który u pisarza niezwykle cenię.

Natomiast „Kolacja dla wroga”, która wywołuje we mnie już pozytywne emocje to przede wszystkim portret rodzinnego miasta autora- Gjirokastry. Dumnego, z monumentalną i złowieszczą twierdzą na wzgórzu, mającego swoje opowieści (np. o arystokratkach czy pijaku o nazwisku Kadare, który przegrał w karty swój dom) i swoje sekrety. W tej scenerii ołowianych dachów i tysiąca schodów rozgrywa się historia z czasów Drugiej Wojny Światowej oraz komunizmu.

Tytułowy posiłek to legendarna kolacja, która miała miejsce w czasie wojny. Podobnie jak w książce niemieckich okupantów, którzy wkroczyli do miasta zaprosił Albańczyk. W trakcie kolacji zostali uwolniona pojmana grupa mężczyzn, którzy mieli ponieść karę w imieniu całego miasta, które stawiało opór.

Jaki przebieg miała sama kolacja, jak doprowadził do niej doktor Gurameto będący gospodarzem dla niemieckiego oficera von Schwalbego, dlaczego uwolniono zakładników, w tym Żyda, czy gość był tym za kogo się podaje… takich pytań w książce pojawia się z czasem coraz więcej, a ich prawdziwy wybuch następuje po wojnie, kiedy do władzy dochodzą komuniści, a życie Stalina wisi na włosku. Pojawiają się spiski i wszechobecna totalitarna paranoja.

c80a90eb-aebb-47a9-ba58-c6dd20be5574_470x kolacja dla wroga(1)

Kadare jest pisarzem, który pisze w sposób uniwersalny – nie jest hermetyczny i faktycznie wystarczą podstawowe informacje na tema Albanii żeby spokojnie rozkoszować się lekturą. Zawsze jak czytam jego książki w głowie otwiera mi się szufladka z prozą Orhana Pamuka oraz Ivo Adricia – chyba to znak, że czas na Nobla, gdyż zestawiam go z noblistami właśnie.

Ta właśnie nagroda jest jednym z najgorętszych tematów, które pojawiają się w kontekście pisarza. Znam nawet Albańczyków, którzy nie czytują Marqueza, bo uważają, że zabrał Kadaremu Nobla z przed nosa. Co jakiś czas w prasie pojawiają się artykuły, które albo w tytule albo w treści zawierają słowo NOBEL… Życzę żeby to się ziściło, bo byłoby super usłyszeć o Albanii w takim kontekście.

Koniec języka…

We wszystkich źródłach można przeczytać, że język albański należy do najstarszych w Europie. Można również dodać, że również do najbardziej tajemniczych.

Pamiętam jak pierwszy raz odwiedziłam – jeszcze nie zawodowo- Albanię. Język mnie znokautował. Mimo szczerych chęci nie udało nam się ze znajomymi ogarnąć menu w restauracji. Potraktowaliśmy to jako przygodę, z której po dziś dzień się śmiejemy i „deska serów” na zawsze pozostanie dla nas potrawą narodową Albańczyków 🙂 Ale było to dawno-dawno temu, bo w czasach kiedy naprawdę chyba nikt oprócz takich bałkanofilów jak my nie jeździł w tamte rejony. Nawet jeszcze Czarnogóra była wtedy nieprzyzwoicie tania, ale już pod ogromnym wpływem Rosjan. Ciągle z resztą z „Ruskimi” byliśmy myleni – zwłaszcza, że z koleżanką byłyśmy przedstawicielkami czystej blond słowiańskości.

Wracając do tego dziwacznego języka muszę się przyznać, że pierwszy raz jadąc na rezydenturę byłam zupełną analfabetką. Przez pierwsze tygodnie ten język był jak woda. Nie rozróżniałam słów, zdania to były ciągi szeleszczących liter.

Nie wiem czy ktoś pamięta film „Trzynasty wojownik” z Antonio Banderasem, w którym główny bohater – arabski poeta, wyrusza do krainy Wikingów. Jest tam charakterystyczna scena przy ognisku, kiedy bohater zaczyna rozumieć język swoich towarzyszy. Od słowa do słowa powoli zamiast obcych wyrażeń pojawia się zrozumiały dla nas język. Świetnie ukazany proces. U mnie tak to się zaczęło – może nie tak spektakularnie jak w przypadku Banderasa, ale pierwsze granice zostały przekroczone.

Pierwsze czego się nauczyłam to oczywiście „brzydkie słowa”, nazwy niektórych części ciała i nomenklatura hotelowa. Po powrocie do Polski już na zajęciach okazało się, że tak naprawdę muszę zebrać swoją wiedzę do kupy i usystematyzować. Oczywiście pozostała jeszcze kwestia gramatyki, która w języku albańskim na szczęście nie jest jakaś strasznie skomplikowana.

Później pamiętam kolejne wyzwania. Pierwsza rozmowa telefoniczna (wszystko co miałam powiedzieć zapisałam sobie na kartce). Pierwsza konwersacja z obcą osobą, która nie wie, że do mnie trzeba mówić „powoli i dużymi literami”. Problemy z zapamiętaniem niektórych słów (do tej pory umyka mi suszarka oraz czasownik szukać) i próby wybrnięcia z twarzą z sytuacji pod tytułem „Pani Izo! Złamała się szczotka do toalety i ugrzęzła w rurze zapychając odpływ! Proszę nam pomóc zgłosić to na recepcji.”

W Albanii można dogadać się po angielsku, chociaż to tak naprawdę domena młodego pokolenia. Menu w restauracjach też już często występuje w wersjach dwujęzycznych. Częściej Albańczycy posługują się językiem greckim lub włoskim co jest wynikiem ogromnej emigracji do tamtych krajów.

Jednak dużo osób martwi się i czuje niepewnie. Myślenie „Jak ja się dogadam?” potrafi paraliżować. Dlatego przedstawiam niewielki przegląd rozmówek  polsko-albańskich.

Oczywiście rynek nie jest jeszcze nasycony, ale i tak jest lepiej niż w 2011, kiedy CUDEM zdobyłam na allegro rozmówki. Były skromne, ale przyznam, że są dla mnie kultowe. Zawierają podstawowe zwroty, trochę słownictwa przydatnego na wczasach, ale przyznam teraz z perspektywy czasu, że miały pewne braki. Na przykład wykaz potraw był bardzo ograniczony. Musiałam sama dopisać sobie wszystkie rodzaje mięsa lub poszczególne owoce morza. Podobnie z owocami i warzywami, przyprawami.

_bp5

Teraz najtańsza oferta i moim zdaniem całkiem praktyczna.

Te rozmówki mają większy zasób słownictwa i mogą również służyć do nauki języka dla początkujących. Niektóre zwroty są zupełnie niepotrzebne turyście, który przyjeżdża na tydzień do Albanii. Poza tym są niestety błędy, a raczej niedopowiedzenia. Na przykład w dziale o jedzeniu, a konkretnie owocach morza małże są reprezentowane przez słowo molusuk. Owszem są to mięczaki, ale w żadnym menu nie znajdziemy tego słówka 🙂 Wszędzie występują midhje. Po drugie zamiast kawioru czy ślimaków umieściłabym raczej takie słówka jak: kalmary czy ośmiornica. Żabich udek też raczej w Albanii się nie jada 😉

Niby dużo, ale trochę nieżyciowo. Znalazłam kilka takich kwiatków (jajka sadzone, rodzaje kawy oraz jakaś niezrozumiała miłość autorów do ostryg.). Na końcu znajduje się słowniczek, który wydaje się po prostu „zapchajdziurą”.

rozmowki_polsko__albanskie_IMAGE1_256151.jpgTrzecia opcja najbardziej rozbudowana i najdroższa. Jest to bardziej słownik – przy okazji zawierający rozmówki. Tą publikację jedynie przeglądałam i nie jestem w stanie ocenić jej dokładnie. Z jednej strony wydaje mi się bardzo obszerny jak dla zwykłego turysty, ale jednak jest to nadal pozycja praktyczna i podręczna.

untitled

Czytelnia – Ornela Vorpsi

Czasami wracam myślą do moich pierwszych, kompletnie abstrakcyjnych doświadczeń związanych z Albanią. Nie było tak, że od urodzenia albo wczesnego dzieciństwa marzyłam o tym kraju zapomnianym przez bogów. Pierwsza wyprawa jest już legendarna. Podobno wtedy pierwszy raz  w samym środku albańskiej rozpierduchy powiedziałam „Tu mi się podoba. Ja tu jeszcze wrócę”.

Spełniło się.

Niedawno pisałam o literaturze i kontynuując ten wątek kilka słów o moich pierwszych albańskich książkach. Był to prezent od cudownej przyjaciółki Moniki, która po potyczkach słownych ze sprzedawcą w Empiku zdobyła wydawać by się mogło jedyne szeroko dostępne książki autorstwa Albanki z krwi i kości.

Krótkie mini powieści wydało Czarne w serii Inna Europa, inna literatura prezentująca literatów z krajów znajdujących się na kulturalnych obrzeżach. Są to autorzy z krajów, gdzie docierają tylko pasjonaci lub ludzie, którzy mogą sobie pozwolić na kontakt z literaturą w oryginale.

Sama autorka czyli Ornela Vorpsi jest  piękna chociaż nie aż tak jak Monika, która mi jej utwory sprezentowała. Urodzona w Tiranie, wyemigrowała do Włoch, a aktualnie mieszka w Paryżu. Pióro ma lekkie, chociaż nie genialne. Nie wykracza również poza krąg literatury emigracyjnej, traktującej o „kraju, którego już nie ma” oraz towarzyszy temu kobieca perspektywa. Czytając obie powieści miałam wrażenie, że wszystko to znam już z książek autorek „jugosłowiańskich”. Komunistyczna doktryna, niedookreślona tęsknota, krytyka zabarwiona pewną dozą nostalgii, wspomnienia z dzieciństwa – czasem pełne okrucieństwa, czasem i czułości.

Noblistka Herta Muller czy Dubravka Ugresic to już klasyka w tym temacie. Może nie powinnam być aż tak do Vorpsi krytyczna, bo jednak pisze ładnie, lekko i melancholijnie.

Kraj, gdzie nigdy nie umierasz jest opowieścią o młodej dziewczynie, w zamkniętym komunistycznym kraju. Albański reżim uderza we wszystkie sfery życia – naznacza również okres dojrzewania bohaterki. Są to okruchy wspomnień, scenki, z których wyłania się intymny obraz kraju, gdzie się nie żartuje.

Ręka, której nie kąsasz ma wymiar ogólno bałkański. Bohaterka przyjeżdża do Sarajewa z Włoch, gdzie prowadzi „bogate” życie. Na Bałkanach musi zmierzyć się ze swoim życiem i przeszłością. Wypowiada się również pośrednio na tematy polityczne i społeczne, krytykując nie tylko Albanię, ale wszystkie kraje półwyspu.

Obie książki tak jak wspomniałam są krótkie i idealne do tramwaju/pociągu. Można je przeczytać w trakcie, pomiędzy, w zawieszeniu. Zostawiają przyjemny posmak i jak praktyka wskazuje stają się wstępem do prawdziwej podróży na Bałkany czy do Albanii właśnie.

Krajgdzienigdysienieumiera_OrnelaVorpsiimages_big219788375360325 vorpsi ręka

Czytelnia – Ismail Kadare

Zbliżają się długie zimowe wieczory. Nie jest to idealny moment na wyjazd do Albanii, gdyż aura tam również nie sprzyja. Dobry moment na zagrzebanie się w pieleszach z książką. Ewentualnie na umilanie sobie czasu dojazdu do pracy różnorodnymi środkami komunikacji czytaniem.

Literatura albańska nie jest w Polsce bardzo popularna, ale na rynku jest kilkanaście ciekawych pozycji wartych polecenia.

Piszę o tym również ze względu na to, że kilka dni temu pojawiła się nowa powieść Ismaila Kadarego „Wypadek” w tłumaczeniu Doroty Horodyskiej. Tej książce, jak tylko ją zdobędę poświęcę osobny wpis, podobnie jak samemu autorowi, który jest jednym z najbardziej znanych pisarzy albańskich.

Moją wyliczankę zacznę właśnie od Kadarego. Niektóre jego książki były wydawane jeszcze w czasach komunistycznych w oparciu na przekładach z francuskiego. W latach dziewięćdziesiątych tłumaczeniami już bezpośrednio z albańskiego zajęła się wspomniana już przeze mnie Dorota Horodyska.

Generał martwej armii – wydany w Polsce w roku moich urodzin 🙂 Pierwsza książka Kadarego, którą przeczytałam. Początkowo temat włoskiego generała, który przyjeżdża do Albanii prowadzić ekshumacje jakoś specjalnie mnie nie porwał. Jednak z każdą stroną coraz bardziej dawałam się wciągnąć w tą historię, która oczywiście miała drugie dno. No i ten ciągły deszcz…

general

Krew za krew – w tej książce pojawia się motyw tzw. zemsty krwi i walki dwóch rodzin.

krew

Kto przyprowadził Doruntinę? – tajemnicza opowieść o albańskiej sile przysięgi oraz walce rozumu z metafizyką. Trochę opowieść kryminalna, dla której tłem jest nie do końca zdefiniowana przeszłość. Do końca nie jesteśmy pewni odpowiedzi na zadane w tytule pytanie.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Akta sprawy H. – opowieść o wyprawie dwóch badaczy kultury starożytnej do Albanii. Badają twórczość Homera i chcą poznać mechanizm powstania wielkiej epopei zajmując się przekazami ustnymi. Jednak nagle zostają oskarżeni o szpiegostwo.

akta

Potwór – akcja rozgrywa się na dwóch płaszczyznach: komunistycznego państwa oraz starożytnej Troi. Historia oczywiście łączy się ze współczesnością. 

Potwor_Ismail-Kadare,images_product,29,83-06-02792-2

Pałac snów – w Imperium Osmańskim istnieje siedziba tajnej policji czyli Pałac Snów, gdzie są archiwizowane sny właśnie… Powieść metaforycznie odnosi się do czasów komunistycznych.

pałac snow

Następca – w Tiranie ginie prominentny polityk komunistyczny. Miał być następcą Wodza. Żeby poznać prawdę musimy przedrzeć się przez mechanizmy rządzące społeczeństwem w systemie komunistycznym.

nastepca_kadare

Ślepy ferman – składa się z trzech mikropowieści, których akcja rozgrywa się w czasach Imperium Osmańskiego: Ślepy ferman, Pokolenia Hankonatów oraz Uczta pojednania.

Slepy-ferman_Ismail-Kadare,images_big,19,978-83-61388-01-2

Córka Agamemnona – razem z książką „Następca” tworzy dyptyk, który dotyka problemów komunizmu w Albanii. Akcja rozgrywa się przede wszystkim w czasie pochodu pierwszomajowego, w którym uczestniczy główny bohater. Jednak młody człowiek nie w głowie ma politykę, ale miłość, która właśnie została właśnie przez komunizm zaprzepaszczona.

Corka-Agamemnona_Ismail-Kadare,images_big,29,978-83-247-1678-4