Rosół, a sprawa polska

W swojej pracy przewodnika często słyszę bardzo różne pytania. O najpopularniejsze imiona albańskie. O to do czego podobny w sumie jest ten dziwny język. Z którego wieku pochodzi twierdza w Beracie. Albo gdzie kupić marihuanę.

Pośród tych ciekawostek kulturalno – przyrodniczych bardzo często pojawia się też taka refleksja „Pani Izo, a jak w ogóle się żyje w Albanii?” Zawsze uśmiecham się i trochę nie wiem co powiedzieć. Bo to jest tak trochę jak z rosołem. Tak, jak z rosołem.

Pozwólcie, że podzielę się z Wami taką krótką kulinarną historią.

Jeśli chcielibyście ugotować coś polskiego obcokrajowcowi, na pewno w Waszej głowie pojawi się tysiące opcji. W zależności co lubicie oraz skąd pochodzicie. Jednak wyobraźcie sobie, że jesteście w centrum Tirany i opcja musi być taka trochę uproszczona ze względu na możliwości lokalowe. Pierogi odrzuciłam (zbyt czasochłonne, no i jak do cholery po albańsku miałabym kupić wałek), bigos… totalna egzotyka…

ROSÓŁ i schabowy z ziemniaczkami z wody (nawet pomyślałam o mizerii) – nagle mnie oświeciło! Przecież to samo się robi! I tak, niczym Emilia Plater lub inna spiżowa polska bohaterka wyruszyłam na zakupy.  Ostrzegam kolejny akapit nie jest przeznaczony dla wegetarian.

Jeśli zastanawiacie się nad tym, jak wyglądają sklepy mięsne w Albanii to niestety daleko im do naszych kilometrowych lad, gdzie szyneczki, sznycelki, podroby i wszelkiej maści mięsiwa. Plan naturalnie zmienił się na zrazy wołowe, bo akurat to było w piątym z kolei mięsnym. Moja wina – na zakupy wyszłam późno, ale myślałam, że będzie jak poprzedniego wieczora, kiedy to mi gotowano. Zabrano mnie do sklepu, gdzie na kilometrowej ladzie w lodzie leżały małże, krewetki w milionach odsłon, wielkie ryby i malutkie rybki… jak w bajce mogłam wybierać co tylko zamarzę. Morskiej bajce…

Ja jednak pochodzę z północnoeuropejskiej bajki, gdzie pochłaniamy ssaki, a nie jakieś tam skorupiaki czy inne takie. U nas życie to walka i polowanie. Jest zimno i niedźwiedzie na ulicach. Może ciut przesadzam, ale w kwestii mięsnej łatwiej jest znaleźć w Albanii zerkający na nas łeb jagnięcy niż porcję rosołową. Co ciekawe sklepy mięsne dzielą się tam na rodzaje sprzedawanego mięsa! Zanim wejdziesz do rzeźnika możesz się zmierzyć nawet z tym, że spotkasz pod sklepem swój obiad. No cóż… co do świeżości nie możemy mieć wątpliwości.

Na szczęście polski sposób na chandrę można dostać w Albanii! :)
Na szczęście polski sposób na chandrę można dostać w Albanii! 🙂

Po skompletowaniu mięsa zaczęła się kolejna przeprawa. Bo ja sobie wymyśliłam zrazy, ale NADZIEWANE! Słoninę w końcu zastąpiłam boczkiem, a tak naprawdę włoską panczetą (mamma mia!). Na warzywnym bazarku trochę mi się zrobiło lżej. Pozornie. Kupiłam marchewkę. A gdzie reszta włoszczyzny? Włoszczyzny? Czego? Mamma mia po trzykroć! Przecież nie powiem, że potrzebuję tych „perime italiane”… Do marchewki dołączył pokaźny por. Pietruszka i seler były trochę tak jakby niedostępne. Wyjechały może do Włoch do pracy?

Dobra ziemniaki są. Zrobię je z wody nawet jeśli zabraniałaby tu tego religia – pomyślałam i starałam się nadal być dzielna.

Ziemniaczki z wody wersja albańska :)
Ziemniaczki z wody wersja albańska 🙂

Przyznam, że koniec końców załamało mnie to, że nie znalazłam… liścia laurowego! Tak! Nie wiem o co chodziło z tą dzielnicą Tirany, ale przed moim oczami pojawiały się te wszystkie drzewa na trasie z Vlory do Sarandy, gdzie laur na laurze, laurem poganiał. A śmiałam się z mojej mamy, która z Albanii w bagażu podręcznym wywiozła całkiem spore drzewko. A ja w sercu Albanii zostałam bez liścia laurowego.

Albański święty Grall
Albański święty Grall

Tak właśnie żyje się w Albanii. Inaczej 🙂

Bez kaszanki. Ale z krewetkami.

Przeszłam już szał neofity. Zupełnego zamroczenia. Zakochania.

Przeszłam już czas buntu. Nielubienia. Rozczarowania.

Tak przy okazji świąt mogę Wam powiedzieć, że lubię być Polką na albańskiej ziemi.

Nauczyłam się korzystać z tych „tipów”, które daje mi bycie babą z Polski. Jakich?

Ja w końcu ugotowałam ten rosół! I był świetny! 🙂

 

4 thoughts on “Rosół, a sprawa polska

  1. Byłem zaskoczony właśnie dość mizernym zaopatrzeniem sklepów w Albanii. O ile w Serbii czy Macedonii można powiedzmy w zasadzie dostać wszystko to co u nas, to w Albanii zaskoczyło mnie nie wiele towarów produkowanych na miejscu. Wyglądało to tak, jakby wszystko sprowadzali – od papieru toaletowego po wino z Kosowa…

    1. Ja strasznie cierpię przez brak sylikonowego żwirku dla kotów… zaopatrzenie sklepów też często zależy od miejsca i potrafi być hmm… zaskakujące 😉

      1. Mnie zaskoczyło w Pogradecu bardzo dużo produktów z… Serbii, tzn pewnie wyprodukowanych w Serbii, a przywiezionych z Macedonii. W drodze do Nowego Sadu czytam Pani artykuły 🙂

      2. Bałkany mocno ze sobą handlują nawet ponad „podziałami” politycznymi 🙂 Serbia, Kosowo czy Macedonia maja dużo dobrych produktów. Można też dostać chorwacką spożywkę. Polityka polityką, a ekonomia swoją drogą 😉

Dodaj komentarz